Reklama

Reklama

Żużel. Rozmowa Bez Hamulców. Robert Flis: Kości przebiły buta żużlowego, stawy były w opłakanym stanie

Byłemu zawodnikowi - Robert Flisowi po upadku w lidze szwedzkiej groziła amputacja nogi. - Lekarz złapali się za głowę, kości przebiły buta, stawy były w opłakanym stanie. Miałem pięć operacji. Teraz kończyna robi mi za prywatną stację pogodową - wspomina traumatyczne przeżycie w rozmowie z Interią.


Reklama

Kamil Hynek, Ineria: Jak się układały pana losy po zakończeniu kariery zawodniczej?

Robert Flis, były żużlowiec: Najpierw pracowałem w prywatnym biznesie. Potem zacząłem pomagać zawodnikom. Rozrzucało mnie po Europie. Byłem długo w Szwecji, a teraz znalazłem się w Danii u bardzo utalentowanego chłopaka z tego kraju - Matiasa Nielsena.

W rodzinnym Gorzowie zostawił pan rodzinę?

W sezonie w domu jestem raczej przelotem, choć zdarzało się, że wpadałem na dłużej. Ale to w okresie zimowym, który jest martwym czasem dla żużlowców. Danię od Szwecji różni to, że nie muszę przeprawiać się promem. Jest szybciej i łatwiej dotrzeć na miejsce. Dla ludzi żyjących na walizkach to olbrzymie udogodnienie.

Kiedy zamierza pan skończyć z wojażami i wrócić na stałe po ojczyzny?

Polska jest moim domem i na pewno nie wiążę przyszłości z życiem za granicą. Powiem panu szczerze, że byłem już nawet zdecydowany na koniec tułaczki i definitywny zjazd do kraju, ale rzutem na taśmę pojawiła się dobra oferta od Nielsena, na którą się skusiłem. Ciągnie wilka do lasu, dlatego podjąłem jeszcze raz rękawicę.

Zawsze był pan solidnym zawodnikiem drugiej linii, ale ciężko panu było przeskoczyć pewien poziom. Dlaczego?

Raz, że nie byłem wybitnie utalentowany. Niedostatki nadrabiałem zadziornością i pracowitością. Starałem się zostawiać serce na torze. Brakowało też odpowiedniej klasy sprzętu. Nie byłem zamożnym zawodnikiem więc ciężko było o inwestycje. Miałem za to szczęście do ludzi, którzy mnie otaczali. Największe piętno odcisnął na mnie pan Stanisław Chomski. On był tak naprawdę jedynym szkoleniowcem potrafiącym do mnie dotrzeć i wpoić mi, co jest w tym sporcie najważniejsze.

Jest pan zadowolony z tego, co osiągnął w żużlu?

Zaznaczyłem w nim swoją obecność. Gdzieś tam zapisałem się w kartach historii. Może faktycznie nie wypłynąłem na szersze wody, ale jestem usatysfakcjonowany ze swoich osiągnięć.

Dwadzieścia lat w czarny sporcie i tylko trzy kluby - Gorzów, Piła, Opole. Wierność godna odnotowania

Nie zmieniałem klubów, jak rękawiczek, bo tego nie lubiłem. To nie mój styl. Bardzo chwaliłem sobie przywiązanie do środowiska, w którym się znajdowałem. Czułem się wtedy potrzebny.

Z perspektywy kariery żałuje pan czegoś, zrobiłby coś inaczej?

Jestem mądrzejszy o wiele spraw więc pewnie parę rzeczy bym zmienił. Z tym, że teraz grzebanie w przeszłości nie ma już sensu. Właśnie dlatego wolę pracować z młodymi żużlowcami, bo mogę ich poprowadzić w takim kierunki, aby nie powielali moich błędów.

Jeździł pan z plejadą gwiazd. Od kogo się pan najwięcej nauczył?

O trenerze Chomskim, który mnie ukształtował już wspominałem. Od połowy lat dziewięćdziesiątych każdy marzył, aby zostać Hansem Nielsenem, albo Tomkiem Gollobem. Mnie dużo podpowiadał Piotr Świst, a najlepiej trzymałem się z Piotrkiem Paluchem. Nasza przyjaźń do dzisiaj. Gdy tylko potrzebuje, jakiejś pomocy, zadzwonię ja z problemem, lub moją żona, zawsze mogę na niego liczyć.

Przed przejściem do Piły w 1998 roku nosił się pan z zamiarem przedwczesnego zakończenia kariery. Czym to było spowodowane?

Czułem się wypalony. Ostatni sezon w Gorzowie był w moim wykonaniu dramatycznie słaby. Nie miałem na czym jeździć. Doszedłem do wniosku, że nie ma sensu tego ciągnąć męczyć się i rozmieniać na drobne, a przy tym zrobić jakąś krzywdę o co w tej dyscyplinie nietrudno. I kiedy byłem już po drugiej stronie rzeki, odebrałem telefon od Chomskiego. Pan Staszek był już wtedy menedżerem rosnącej w siłę Polonii. Przedstawił propozycję nie do odrzucenia. Miałem się o nic nie martwić, że on wsio załatwi. Obiecano mi dwa nowiutkie motocykle. Dałem się namówić, a Chomski, jak obiecał tak zrobił. Silnikami zajmował się pan Zdzisław Dobrucki. Przygotowywał je znakomicie. Cieszę się, że dałem sobie drugą szansę, bo drużynowo w Pile zahaczyłem o złoty okres. Dołożyłem swoją cegiełkę do sukcesów Polonii i zdobyłem z nią tytuł DMP.

Pila to była na tamte czasy kraina mlekiem i miodem płynąca?

Niczego nam nie brakowało. Zarówno pod kątem finansowym i sprzętowym nie było na co narzekać. Pieniążki były wypłacane na bieżąco. Choć w ramach ciekawostki mogę panu zdradzić, że najwyższy kontrakt podpisałem po powrocie do macierzystego Gorzowa. Właśnie po pilskiej przygodzie

Był pan członkiem teamów Tomasza Golloba, Przemysława Pawlickiego, czy Daniela Jeleniewskiego. Bardzo różnorodne towarzystwo. Zwłaszcza charakterologicznie.

Wszystkich wyżej wymienionych łączyła jedna, ale jakże znacząca w tym sporcie cecha. Każdy z nich doskonale czuł motocykl i wiedział co z nim zrobić. Danielowi pomagałem bardziej na zasadach doradztwa, ale i on najmocniej mi ufał. Przypinam sobie taką sytuację. Mecz w Aveście. Daniel chciał założyć pewną zębatkę. Mówię mu: słuchaj, to nie zda tutaj egzaminu. To wystarczyło. Daniel odpowiedział: Ok, zdaję się na ciebie. Efekt? Piętnaście punktów.

A "pan zrób to sam? Tomasz Gollob?

No tak, Tomek biegał za wszystkim. W Vastervik przyszedł do mnie po pierwszym biegu, w którym zdobył dwa punkty i zagaił: Robert, robimy tak i tak. Kiwam głową, że to bez sensu, że pobłądzimy. Ten motocykl rozpędza ci się na końcu prostej - nie odpuściłem. Tomek uległ. Sam zmienił tylko zapłon. Później nie było już na niego mocnych.

Po upadku w Szwecji groziła panu amputacja nogi?

To był 2001 rok, bodajże lipiec. Odjechałem pięć biegów. Zgromadziłem w nich czternaście oczek. W ostatniej odsłonie wychodziłem na prowadzenie i wtedy już nawet nie pamiętam kto, uderzył mnie nagle w bok motocykla. Ale tak niefortunnie, że lewa noga znalazła się w okolicach tylnego koła. Kończyna się podwinęła, upadłem na tor. Widok otwartego złamania nogi mroził krew w żyłach. Kości przebiły buta żużlowego. W środku doszło jeszcze do jednego złamania i dwóch pęknięć. Stawy były w opłakanym stanie. Lekarze łapali się za głowę, bo do środka wdarło się powietrze. Gdyby nie opuściło nogi w przeciągu trzech - czterech dni byliby zmuszeni ją amputować. W międzyczasie miałem pięć operacji, straciłem w niej trochę ruchliwości, ale na szczęście uniknąłem najgorszego.

Jak jest teraz?

Skutki odczuwam do tej pory. Noga nie jest w pełni sprawna, ale ale najistotniejsze, że mogę chodzić o własnych silach. Lekki dyskomfort jest widoczny rano, przy wstawaniu. Wtedy pobolewa, ale wynika to z tego, że przez noc zastyga i nie funkcjonuje w taki wymiarze jak w dzień. Musi minąć dziesięć-piętnaście minut zanim się dotrze.

Mimo to wrócił pan jeszcze po urazie do ścigania.

Po siedmiu miesiącach batalii o zdrowie. Cały sezon zmagałem się z przeszywającym bólem. Nie mogłem dobrze postawić nogi na tor. Przed tym sezonem sezonie podjęto decyzję o piątym zabiegu. Blokowano mi stawy, aby ulżyć cierpieniu. Jeszcze pod koniec lutego nosiłem gips. Zaraz po jego zdjęciu, bez odpowiedniej rehabilitacji wybrałem się na mecz ligowy do Rawicza. Wykręciłem piętnaście oczek. 

Brakuje optymistycznego zakończenia w naszej rozmowie.

Mam za to swoją prywatną stację pogodową, bo noga sygnalizuje mi każdą zmianę aury (śmiech).

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje