Reklama

Reklama

Żużel. Rozmowa Bez Hamulców. Krzysztof Mrozek: Ludzie piszą na mnie donosy

Kontrowersyjny prezes ROW-u Rybnik Krzysztof Mrozek zdradza nam, który prezes doniósł na niego do prokuratury i co ludzie piszą na jego temat do skarbówki i na policję. – Mam niewyparzony język, a ludzie nie lubią słuchać prawdy, więc się mszczą. Ja tylko jedno ich proszę: nie nazywajcie mnie złodziejem i gorolem – mówi Mrozek.

Dariusz Ostafiński, Interia.pl: Jak to się stało, że został pan prezesem klubu żużlowego?

Krzysztof Mrozek, prezes PGG ROW-u Rybnik: Kiedy jeszcze wspólnie z Marianem Maślanką działałem we Włókniarzu i mu pomagałem, to świętej pamięci prezydent Rybnika Adam Fudali dwa razy zawołał mnie do siebie i spytał, czy bym nie podziałał. Znał mnie, bo równolegle organizowałem Memoriały Łukasza Romanka, którym się opiekowałem, gdy jeździł. Dwa razy jednak Fudalemu odmówiłem. W Częstochowie doszło jednak do przewrotu, zamiast Maślanki przyszli panowie z KJG i byłem wolny.

Reklama

I wtedy pan zadzwonił do prezydenta.

- Wtedy do mnie zadzwonił prezes jednego z klubów, żebym do niego przyszedł, bo on ma dla mnie robotę. Pół żartem pół serio dodał, żebym się w Rybnik nie pakował, bo tam same ciu.., a u mnie byś miał dobrze - dodał. Ja na to, proszę pana prezesa, jak pana klub będzie miał tyle tytułów, co ma ROW, to pan tak możesz gadać. Na razie ma za mało. I zobaczysz pan, że kiedyś te ciu.. z Rybnika przyjadą i pana drużynie manto spuszczą. I się rozłączyłem. Miesiąc później zadzwonił Fudali. Mówi: przyjdź na kawa. Tym razem się zgodziłem i wziąłem klub, ale postawiłem warunek, że zakładamy nowy.

Bał się pan, że poprzednicy zostawią panu trupy w szafie?

- Nie. Chciałem od zera, żebym ja sam nie miał świata równoległego, do którego będę się mógł odwoływać, jak coś nie wyjdzie. Nie chciałem mieć tego komfortu, że jak nie wyjdzie, to będę miał na kogo ścisnąć. Powiedziałem, że musi być nowe, bo jak będzie źle, to pretensje będę mógł mieć tylko do siebie.

Więcej aktualności sportowych znajdziesz na sport.interia.pl! Kliknij!

A nie miał pan dosyć żużla po samobójczej śmierci Łukasza Romanka?

- Ta historia dała mi dużo do myślenia, pokazała mi sport z innej strony. W wielu przypadkach mi pomogła, zahartowała mnie. Jednak, jak ktoś ma żużel w sercu, to nawet, jak złapie doła z jakiegoś powodu, to po czasie wraca. Ze mną tak było.

Z perspektywy czasu myśli pan, że można było uratować Łukasza?

- Ja pewne rzeczy zauważałem i głośno o tym gadałem. Wskazywałem problem i mówiłem, że trzeba coś z tym zrobić. Nazywano mnie jednak idiotą i wariatem, odpowiadano: ty idź się leczyć. Ciężko mi się o tym rozmawia, nawet po latach. Nie chciałbym też opowiadać na pytanie w stylu, czyja wina, bo to nie da się tak prosto odpowiedzieć. Wina jest każdego po trochu.

Czy ma pan do siebie pretensje o to, co się stało? Czy ktoś panu kiedyś powiedział: to twoja wina.

- Zostawmy ten temat na półce, bo on jest drażliwy. Sporadycznie ktoś wyskakuje z taką oto złotą myślą, że Mrozek coś tam wtedy zawalił. Na szczęście coraz rzadziej. Tak jak powiedziałem, wtedy każdy coś zrobił źle, ale nikogo nie nazwałbym winowajcą.

Czytałem, że w tym roku kibice chcieli pana wywieźć na taczkach.

- Też o tym słyszałem, dlatego zrobiłem spotkanie z kibicami i spytałem, gdzie te taczki. Żaden o nich nie wspomniał. Myślę sobie, że problemy w relacjach na linii klub - kibice często brały się z tego, że jak coś się działo, to moi współpracownicy łapali mnie za rękę i mówili: zostaw to, nie wyjaśniaj. Z jednej strony był więc świat pudrowany, z drugiej przeciwnicy sączący bzdury na temat mój, czy tego co dzieje się w klubie. Myśmy tego nie prostowali i to był błąd.

Co mówili o panu?

- Pytanie, czego nie mówili? Kiedyś na spotkaniu powiedziałem kibicom: możecie mnie krytykować, ale nie możecie mówić, że jestem gorol (człowiek nieurodzony na Śląsku - dop. red.) i złodziej. To była dla mnie podstawa, dlatego tolerowałem opowieści o 50 tysiącach kochanek i sekretarek.

A ja słyszałem, że wypominano też panu zamordyzm i prowadzenie klubu twardą ręką.

- A ja bym jeszcze do tych kochanek wrócił. Widać przecież, że jestem brzydszy od pleśni, więc kobiety musiałyby być niewidome, żeby do mnie lgnąć. A z tym łapaniem za mordę to jest tak, że jak się tego nie robi, bo potem cały biznes się rozpada. Opowiem taką historię. Przy każdym zakupie, nawet gdy chodzi o jakieś tanie części do motocykla, stosujemy procedurę, że zbieramy oferty, a potem wybieramy najtańszą. I kiedyś lokalni handlarze poszli do prezydenta, że Mrozek nie chce u nich kupować, że pieniądze poza Rybnik wychodzą. To ich zawołałem, pokazałem oferty i powiedziałem: dajcie grosza mniej, to od was wezmę. W odpowiedzi słyszałem, to mi się nie opłaca i znowu szli do prezydenta.

Opowiadają: Mrozek ma węża w kieszeni, czyli jest skąpy.

- W kieszeni mam klucze do samochodu i chusteczkę. A poza tym, to coś w tym jest, bo każdą wydaną złotówkę oglądam piętnaście tysięcy razy. Trzeba dbać o klubowe pieniądze.

Może nie musiałby pan oglądać każdej złotówki tyle razy, jakby pan sponsorów potrafił załatwić. To też panu zarzucają.

- A ci sponsorzy, którzy są, to skąd się wzięli. Sami nie przyszli. Problem w Rybniku jest taki, że tu ludzie przychodzą i są ciekawi, ile my w tym budżecie mamy. Ja zawsze mówię, że on jest wystarczający, że pozwoli nam dojechać sezon do końca. I tak dużo mówię, bo przecież jakbym pana spytał, ile pan zarabia, to bym pewnie usłyszał: a co to pana obchodzi. Z odpowiedzią na pytanie o budżet powinno być tak samo.

Nie, bo klub to instytucja pożytku publicznego.

- Klub to spółka akcyjna, która publikuje te dane, co można.

ROW jest skazany na balansowanie między PGE Ekstraligą i eWinner 1. Ligą?

- Sorry za szczerość, ale to pytanie bierze się stąd, że w polskim żużlu mamy takich prezesów, jakich mamy. Jak pogadamy za rok o tej porze, to dwie, trzy spółki będą na ogromnym deficycie. Zgadzam się z prezesem PZM Andrzejem Witkowskim, że żużel psują prezesi.

Bo płacą wirtualne pieniądze?

- Jeśli widzimy, że jest koronawirus, że gospodarka zdycha, a równolegle słyszymy, jakie kontrakty mają zawodnicy, to się panie w głowie nie mieści. Ja często rozmawiam z zawodnikiem ze szpicy Grand Prix i on mi mówi: Krzysiek, żeby zdobyć dobry kontrakt w Polsce, to musiałem prawie 10 lat jeździć, a wciąż nie mam tak wysokiego, jak juniorzy, którzy nie skończyli 24 roku życia. Żeby była jasność, to ani nie neguję tej regulaminowej nowinki, ani nie narzekam na mojego zawodnika do lat 24. Wiktor Trofimow to strzał w dychę. Moim zdaniem i trenera Marka Cieślaka także. Wracając do wątku kasy, to zawodnicy byliby idiotami, jakby nie wzięli tego, co dają im prezesi. Jednak ci ostatni albo nie potrafią liczyć, albo liczą na to, że Ekstraliga to za nich załatwi. Jak to mówią na Śląsku: chcą cudzymi rękami gady chytać.

Władysław Komarnicki już mówi, że trzeba będzie renegocjować umowy.

- Nie rozumiem tylko, w jakiej formule. Jako prezes honorowy Stali, czy jako członek rady nadzorczej Ekstraligi Żużlowej.

Jak pana relacje z Grigorijem Łagutą, którego kiedyś publicznie pan obraził.

- Normalnie gadamy. Rok temu spotkaliśmy się na rundzie mistrzostw Europy, w tym na meczu ROW-u z Motorem. On mnie przeprosił za to, że kiedyś ode mnie odszedł, choć obiecywał, że zostanie, a ja mu wybaczyłem.

A przeprosił go pan za swoje słowa?

- Nawet oficjalnym pismem. Sam pan to publikował.

Jakie ma pan relacje z prezesem Motoru Lublin Jakubem Kępą, który dwa lata temu sprzątnął panu Łagutę sprzed nosa?

- Nie mam żadnych relacji i tak zostanie. Po czasie poprosiłem prokuraturę o przekazanie materiałów z postępowania, które przeciwko mnie prowadzono, a dotyczyło ono tej mojej niezbyt fajnej wypowiedzi. Poczytałem i powiem, że to była ciekawa lektura. Poznałem nazwiska życzliwych, co na mnie kwity zbierali.

Rozumiem, że prezes Kępa dostarczył grube tomy?

- Tomy może nie, ale nagranie konferencji przekazał.

Rękę sobie podajecie?

- Nie miałem ostatnio okazji do spotkań twarzą w twarz, bo z powodu koronawirusa mieliśmy jedynie telekonferencje. Odpowiem jednak, że nie wszyscy muszą być przyjaciółmi. Pan Kępa moim nigdy nie będzie.

On też jest pana zdaniem w grupie tych, co psują żużel?

- Tak. Jak czytamy o akcji z Bartoszem Zmarzlikiem, który dzięki negocjacjom z Motorem załatwił sobie piękny kontrakt w Stali Gorzów, to jest najlepsza odpowiedź na pytanie o psucie rynku przez pana Kępę.

Był taki moment, że miał pan ochotę rzucić tym wszystkim?

- Nie, choć już wiele przeżyłem, bo były donosy na policję, do skarbówki i taki zwykłe, obyczajowe. W sumie wszystkich razem było już chyba z czterdzieści. Co poniektóre kuriozalne. Człowiek jednak musi z tym żyć. Zresztą spodziewam się kolejnych niespodzianek. Zwłaszcza że ja mam niewyparzony język, mówię, co myślę, a ludzie mają problem z przyjęciem prawdy. Każdy woli wysłuchać jakąś laudację na swój temat, byle było pięknie.

Jak rozstał się pan z Kacprem Woryną. Mówili, że to pana synuś, a on teraz we Włókniarzu będzie jeździł.

- Nic się w naszych relacjach nie zmieniło. Uważam, że te przenosiny jemu i nam pomogą. My się sprawdzimy bez Kacpra. Zobaczymy, jak ten klub bez niego działa i wygląda. On z kolei zobaczy, jak to jest być bez tatusia w klubie. Jeśli obie strony zdadzą egzamin, to on kiedyś wróci mocniejszy do mocnego klubu.

Z trenerem Markiem Cieślakiem już zdążył się pan pokłócić?

- I tu wszystkich rozczaruję, ale jak do tej pory nie. Dogadujemy się perfekcyjnie, więc domyślam się, że zaraz zacznie się szukanie jakichś historii, nie powiem, skąd wyciągniętych. A my zaraz serię wspólnych gadżetów wypuścimy. U Marka podoba mi się to, że on używa argumentu i człowiek czuje, że on wie, co mówi. Tam jest dogłębna znajomość żużla. Widać, że on na tym zęby zjadł. Już go poprosiłem, żeby w razie awansu został z nami na dłużej.

------------------------------------------------

Samochód 20-lecia na 20-lecie Interii!

ZAGŁOSUJ i wygraj 20 000 złotych - kliknij.

Zapraszamy do udziału w 5. edycji plebiscytu MotoAs. Wyjątkowej, bo związanej z 20-leciem Interii. Z tej okazji przedstawiamy 20 modeli samochodów, które budzą emocje, zachwycają swoim wyglądem oraz osiągami. Imponujący rozwój technologii nierzadko wprawia w zdumienie, a legendarne modele wzbudzają sentyment. Bądź z nami! Oddaj głos i zdecyduj, który model jest prawdziwym MotoAsem!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje