Reklama

Reklama

Żużel. Rozmowa Bez Hamulców. Jerzy Synowiec: Jak moja żona będzie chciała, to z prezesem Stali wygra nawet na bosaka

Jerzy Synowiec rozpętał wojnę o miejskie dotacje dla sportu w Gorzowie, a Stal nazwał rakiem, który zżera wszystko. Na Facebooku błyskawicznie pojawiły się komentarze, że sam brał dotacje i jeszcze źle rozliczał, a prezes Stali Marek Grzyb napisał, że o Synowcu krążą legendy. - Jak ktoś krzywo chodzi, to innych podejrzewa o to samo. A z jednym z panów, co napisał, że nikt nie ukradł tyle, ile Synowiec za chwilę spotkam się w sądzie i posłucham, jak się tłumaczy i płaci – mówi nam były prezes Stali, a obecnie radny i prawnik.

Dariusz Ostafiński, Interia: Jak się pan czuje w roli wroga publicznego numer jeden? Wroga klubu, którego kiedyś był pan prezesem.

Reklama

Jerzy Synowiec, były prezes Stali: Teraz jestem jednak człowiekiem niezależnym, społecznikiem, radnym, adwokatem. Ode mnie wymaga się więcej niż od zwykłego człowieka. W Gorzowie są ludzie, którzy nic nie muszą, ale ja powinienem zabrać głos, jak widzę, że dzieją się rzeczy patologiczne. Nie spodziewałem się jednak, że mój felieton na gorzow24.pl o rękach Stali wyciągniętych po miliony z miasta zrobi tyle hałasu. Nie sądziłem, że tekst będzie miał cztery tysiące odsłon i siedemset lajków. To, jak na Gorzów bardzo dużo. A lajki pokazują, że nie wszyscy odbierają to co powiedziałem negatywnie. Ludzie widzą, że Stal pasie się na mieniu miasta.

Stal chce 4 miliony dotacji na ten rok.

- A powinna dostać trochę na szkolenie i coś tam na marketing, jak to ma jakieś znaczenie. Według mnie nie ma. Zatem kilkaset tysięcy dotacji powinno wystarczyć. Nie dajmy się zwariować. Mówimy o klubie, który zaraz dostanie miliony z transmisji.

Słyszał pan pewnie, że Motor Lublin dostał 4 miliony, a Sparta niewiele mniej.

- Ktoś mi powiedział, że o co się burzę, skoro inni też tyle mają. To ja odpowiem, że Wrocław jest siedem razy większy od Gorzowa i ma pięć razy większy budżet. Motor ma ten budżet trzy razy większy. Jeśli my chcemy cztery, to tam powinni zażądać piętnastu milionów. Taka skala to jest, dlatego trzeba znać umiar. Zwłaszcza dziś, kiedy w Polsce jest wielka bieda, a miasta mają większego zmartwienia.

To znaczy?

- Firmy padają, ludzie płaczą, im trzeba pomóc. Ja sam musiałem zacząć zwalniać w mojej firmie, bo już nie byłem w stanie utrzymać obecnego stanu przy spadku dochodów. Także tu się rozgrywają ludzkie dramaty, a Stal nie tylko żąda, ale i leci na Teneryfę. To jest po prostu nieprzyzwoite. Każdy chciałby się smażyć w ciepełku, ja to rozumiem, ale kiedy większość ludzi klepie biedę, to nie wolno domagać się kasy i potem prażyć się w słońcu. A słyszę, że jeszcze w planach są Stany i Argentyna. Naprawdę.

Chyba jednak nie wszyscy się z panem zgadzają. Część kibiców uważa, że Stali się należy.

- Zawsze znajdzie się grupka kiboli, która opluje. Ludzie, którzy znają się na rzeczy, przyznają mi jednak rację. W takiej sytuacji, jaką mamy obecnie, są rzeczy ważniejsze. A kasa z miasta na sport powinna iść przede wszystkim na młodzież, a nie dla kilku zawodników. Mam nadzieję, że prezydent miasta po tej burzy medialnej powie urzędnikom z komisji, żeby usiedli na tyłku i spuścili z tonu.

Pan mówi, że działa w słusznej sprawie, ale dla części kibiców, to jest atakowanie Stali.

- To nie atakowanie Stali, ale zwracanie uwagi na patologię. Tak na marginesie, to zarówno prezes honorowy klubu Władysław Komarnicki, jak i obecny prezes Marek Grzyb zabrali publicznie głos, choć ja nie wymieniłem ich nazwisk. Napisałem o problemie, a oni wytoczyli armaty i strzelają do mnie z proszku. W ogóle to Komarnicki jest moim zdaniem czarną postacią żużla. Grzyb z kolei ma przed sobą wszystko, ale niech się nie wciąga w te wojenki medialne, bo to mu nic nie daje. Co zyskał na dyskusji z Najmanem? Ano tyle, że ten przypomniał, że wybił mu zęby. To żaden sukces, ani powód do dumy. Co z tego, że Grzyb mówi, że nie zniży się do poziomu Najmana. To już się stało. Rywal go sprowadził na ziemię. 

Po tej krytyce tematu dotacji wiele niepochlebnych komentarzy się na pana koncie na Facebooku pojawiło.

- To był atak fejkowców, choć nie tylko. Jednego już zgłosiłem do prokuratury. Takiego, co pisał, że nikt tyle nie ukradł, ile Synowiec. Chyba nazwał mnie arcyzłodziejem. Za chwilę zobaczymy, jak będzie się wił i przepraszał w sądzie. Nie będzie pierwszym, którego widziałem w tej roli.

Pana konto zaatakował też jakiś wirus.

- To był jednak przypadek niemający nic wspólnego z tym atakiem fejkowców, trolli i kogo tam jeszcze.

Ludzie wyciągają jednak panu, że kiedyś wziął pan dotację, źle rozliczył i klub musiał kasę do miasta zwracać.

- Prawdy w tym tyle, ile w dowcipach z Radia Erewań. Jak w tym o samochodach, które rozdają na Placu Czerwonym. Potem wychodzi, że to nie samochody, tylko rowery, i że kradną, a nie rozdają. A dotacja jest nie moja, lecz prezesa Lesa Gondora. Poszedł z urzędnikami na skróty i potem się doczepiono, ale sprawa została ostatecznie umorzona. Tam nie działo się nic złego, bo dotacja była na kontrakty i tak została spożytkowana. A sam Gondor w tamtym czasie wyłożył miliony na stadion. O zakupach nie wspominając, bo wydał sześćset tysięcy na Bajerskiego, czterysta pięćdziesiąt na Okoniewskiego i dwieście pięćdziesiąt na Cieślewicza dołożył.

A co pan czuje, jak prezes Grzyb mówi, że o Synowcu krążą na mieście legendy.

- Myślę, że on patrzy swoją miarą. Jak ktoś całe życie chodzi krzywo i zbacza z prostej ścieżki, to myśli, że inni też tak chodzą. Ja nigdy nie wziąłem z klubu delegacji, a jeszcze mnóstwo swojej włożyłem. Mam to udokumentowane. Jakbyśmy dzisiaj mieli takich prezesów, to żużel inaczej by wyglądał.

Myśli pan, że prezes Grzyb nie daje pieniędzy?

- Już chyba o to pytałem. Niech pokaże. Na razie widzę, że firma jest reklamowana za jedną piątą wartości, że są inne frukty. Na Teneryfę polecieli wszyscy święci.

Nie ma pan jednak moralnego kaca. Tyle lat był pan prezesem Stali.

- I ta Stal jest dla mnie zawsze ważna. Ważniejsza niż dla tych działaczy, co przyszli znikąd. Bo z Pierdziszewa, to jest znikąd. Oni oczywiście mogą sobie wypinać piersi po medale, mogą się posługiwać retoryką, ale historia najbliższych lat pokaże, że ja zostanę, a on nich świat zapomni, jak o kilku innych, których pan na pewno nie pamięta.

Prezes Grzyb zwrócił uwagę, że pana krytyka ma związek z wyborami, że pana żona ma z nim stanąć w szranki.

- Wybory są za trzy lata i nikt, nawet moja żona, nie wie, czy w nich wystartuje. Nikt rozsądny nie robi teraz żadnych przymiarek. Jeśli jednak żona będzie chciała, to z panem Grzybem wygra nawet na bosaka.

Zdaje się, że to partia ustali, kto stanie do wyborów, bo i pana żona i pan prezes mieliby starać się o poparcie tego samego ugrupowania.

- To niech pan prezes Grzyb się stara. Zobaczymy, czyj uśmiech będzie piękniejszy. Uśmiech pana prezesa jest nadwyrężony przez pana Najmana, więc chyba jasne, kto będzie górą.

Powiedział pan jakiś czas temu, że jak prezes Grzyb pana zdenerwuje, to pan takie armaty wytoczy, że jemu spadną buty.

- Nie będę wytaczał dział na słabego przeciwnika. Liczę zresztą, że on pójdzie po rozum do głowy i zrozumie, że na tych wojenkach nic nie ugra. Jeśli nie, to mam armię prawników na swoich usługach. Otoczymy go procesami, jak wilki chorego kota. To oczywiście żart, a poważnie mówiąc: damy radę.

Wracając do wyborów. Myśli pan, że prawdą jest, o czym głośno, że pan Grzyb został prezesem, bo pan Komarnicki obiecał mu miejsce na liście wyborczej.

- To są obietnice bez pokrycia. Pan Komarnicki nie ma mocy sprawczej, by cokolwiek obiecywać. Jeśli pan Grzyb uwierzył, to jego błąd.

A jak to się dzieje, że panowie Grzyb i Komarnicki mają taki społeczny poklask w Gorzowie. O drugim mówi pan źle, o pierwszym nie lepiej, ale opinia publiczna wie coś innego.

- Gorzów jest stutysięcznym miastem. Jak dołożymy okoliczne wsie, to mamy dwieście tysięcy. Niech co piętnasty będzie kibicem żużla, a co trzeci użytkownikiem mediów społecznościowych. Stal ma ciekawy skład. Zmarzlik to wszystko ciągnie, do tego jest Vaculik. Prezes dostaje punkty bonusowe za drużynę, którą zbudował. To jest ta premia, którą dostaje każdy szef klubu.

Co pan powie na czwartkowej sesji miasta dotyczącej dzielenia kasy na sport?

- Żeby spuścili powietrze.

A jeśli okaże się, że ta kasa jest potrzebna niczym tlen?

- Nie wiem, co się okaże, ale jeśli kiedykolwiek będzie napięta sytuacja, to nie będę walczył z klubem, lecz podawał rękę. Tak à propos, to ja się boję o cały żużel. Nie będzie kibiców, nie ruszą w kwietniu i ja nie wiem, jak to długo wytrzyma. Anglicy już mówią, że to koniec. My mamy trochę lepiej, ale jak patrzę, że robi się Kryterium Asów w marcu, to dla mnie jest to abstrakcja. Taka sama, jak Stal lecąca do Argentyny. I co? Przyjdzie trzydzieści osób na takie zawody. Stal nawet na powrót do domu nie zarobi. Będą musieli sprzedać motocykle, żeby wrócić. To się nie uda, bo Stal, to nie Bayern.

Kibice znowu będą źli.

- Gdyby zarzuty stawiali ludzie szanowani, to bym się spotkał i wytłumaczył. Jak to robią ludzie anonimowi, to nie będę się spowiadał. Jak ktoś mówi, że Synowiec zły, to proszę spytać tych, co mnie znają. Panów Sokołowskiego, Tillingera, Wilczyńskiego. Często oddawali kasę i krew. Teraz to się zmieniło, choć nie do końca. Są porządni prezesi, jak choćby pan Rusiecki w Lesznie. Nie bierze, daje i wygrywa. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje