Reklama

Reklama

Żużel. Rozmowa Bez Hamulców. Jerzy Kanclerz: Kupiłem klub za kasę z wygranej w totka, a namówił mnie Zbyszek Boniek

- Oczywiście, że było mi przykro, jak media pisały, że nie mam w Polonii nic do gadania, że daję tylko twarz, bo rządzą Gollob z Bońkiem, ale takie czasy mamy. Dziś jest wolna amerykanka. W prezydenta można jajkiem rzucić i nic się nie dzieje – mówi Jerzy Kanclerz, właściciel i prezes Abramczyk Polonii Bydgoszcz.

Dariusz Ostafiński, Interia: Wiele razy słyszałem, że Jerzy Kanclerz pracował w wojsku. Nigdy nie spytałem, co pan tam robił?

Reklama

Jerzy Kanclerz, prezes i właściciel Abramczyk Polonii Bydgoszcz: Byłem pracownikiem cywilnym w sztabie łączności. Dbałem o to, żeby pilot z nawigatorem mieli dobry kontakt. Pracowałem w bazie wojskowej pod Bydgoszczą.

Mundur?

- Nigdy nie nosiłem. To znaczy, jak byłem w służbie czynnej, to tak. Odsłużyłem 17 miesięcy w czasach, kiedy to było obowiązkowe. Pamiętam, że to były czasy, w których większość chciała od wojska uciec i kombinowała. Ja się śmiałem z kolegami z tych, co to robili. Mówiliśmy na nich platfusy, bo wyczyniali cuda, żeby dostać niższą kategorię. Teraz wszystko się zmieniło, teraz kumple pytają: możesz Jurek pomóc, bo syn chce do wojska. Wiadomo budżetówka, pewny pieniądz.

Pan miał stopień?

- Kaprala.

Jak Lech Wałęsa.

- Nie. W zasadzie byłem starszym kapralem, miałem trzy belki. To był trudny czas. Pół roku w ogóle mnie w domu nie było.

Mimo to został pan w wojsku.

- Tak, ale już bez munduru. I nie żałuję, bo robiłem, to co lubię. Ta moja praca wiązała się z zagadnieniami matematyczno-fizycznymi, a ja mam ścisły umysł. To mi sprawiało przyjemność. Pochwalę się, że pracowałem na komputerach i w światłowodach. Miałem do dyspozycji Odrę 1300, pierwszy polski komputer.

Mówią, że tam, gdzie kończy się logika, tam zaczyna się żużel.

- A u mnie żużel zaczął się w wieku 8 lat. W 1961 roku tata zabrał mnie do Gniezna na trójmecz Polska, Związek Radziecki, Czechosłowacja. Wychowywałem się w środowisku sportowym w Rogowie, gdzie był tenis i hokej na trawie. Obecnie jestem prezesem związku hokeja. A pierwszym klubem żużlowym, któremu kibicowałem był Apator. Studiowałem w Toruniu, biłem brawo Wojciechowi Żabiałowiczowi i Jankowi Ząbikowi.

To się kibice Polonii zmartwią.

- Dlaczego? Wiadomo, że jak derby, to zawsze jest ciśnienie i chęć wygrania z rywalem zza miedzy. Jednak zasadniczo animozji nie ma. Wczoraj dzwonił do mnie Tomek Bajerski, trener Apatora. O sparingu gadaliśmy. Normalnie, jak ludzie.

Skąd pana znajomość z Gollobami?

- Zaczęła się, kiedy Tomek Gollob jeszcze raczkował w żużlu, a ja byłem mocno zaangażowanym kibicem. Szczerze?

Tylko szczerze.

- Nie wierzyłem, że z Tomka wyrośnie taki mistrz.

Dlaczego?

- W żużlu generalnie więcej osiągają ci, którzy potrafią świetnie jeździć przy krawężniku. Uważałem, że dalej może zajść Jacek, brat Tomka.

To się pan mocno pomylił.

- Tak, ale proszę mi dać dokończyć myśl. Nie zawsze ten bardziej uzdolniony, ten mający predyspozycje osiąga więcej. Jacek był dwa razy mistrzem Polski, więc nie można powiedzieć, że nic nie zdobył, ale jednak do Tomka wiele mu brakuje. Mógłbym jednak podać całą listę nazwisk zawodników, którzy byli świetni, mieli talent, a mistrzami nigdy nie zostali. Leigh Adams, Tommy Knudsen. Mam wymieniać dalej?

Nie.

- W każdym razie widziałem, jak Tomek dojrzewa do tego złota i to było piękne. A nasza przyjaźń narastała stopniowo. Organizowałem autokar z kibicami na każde Grand Prix, a po zawodach Tomek zawsze do nas wychodził, pytał co słychać i tak od słowa do słowa zbliżaliśmy się do siebie. Tak mnie polubił, że w 2010, po zdobyciu złota, jak gdyby nigdy nic przyjechał na otwarcie boiska do Wąsawy. Bo Jurkowi zależało.

Gollob został mistrzem raz, choć ludzie gadają, że powinien mieć kilka tytułów.

- Zmarzlik nadrobi. On jest kandydatem na wielokrotnego mistrza, który przebije Rickardssona, Maugera i całą resztę. Zrobi to, bo nie ma wielu rywali do walki o złoto. To oczywiście nie umniejsza jego zasług, ale konkurencję ma słabszą, niż miał Tomek. Kiedy Gollob jeździł, to kolejka do złota była długa, a teraz pięć, może sześć nazwisk, a i tak kilka na wyrost.

Miał pan z Gollobem jakiś trudny moment, jakieś ciche dni.

- Raz. Prowadziłem Polonię ze Zdzichem Ruteckim i nie wstawiłem Jacka do biegu. Tomek wyskoczył, pyta, dlaczego i zrobiło się naprawdę gorąco. Nie robiłbym jednak z tego sprawy, bo jak ludzie długo ze sobą przebywają, to spięcia muszą być. Teraz też czasami gorąco dyskutujemy, ale Tomek na końcu mówi: ty podejmujesz decyzje, ja tylko mogę ci doradzić. Mnie to pochlebia, bo Gollob to nazwisko, które coś znaczy, a jest moim przyjacielem i dyrektorem w moim klubie.

Skąd wziął pan kasę na akcje Polonii? Nie jest pan przecież biznesmenem, nie ma pan dobrze prosperującej firmy.

- Mam za to szczęście. Trzydzieści pięć razy wygrywałem w zakładach totolotka, ale nie tylko. Najwięcej w 1983 roku. Wtedy aż 273 tysiące złotych. Pamiętam nawet szczęśliwe liczby. 12, 18, 22, 30, 33. Wtedy się pięć skreślało. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama