Reklama

Reklama

Żużel. Rozmowa Bez Hamulców. Ilona Termińska: Mieszanie w kociołku zostawiam mężowi

Ilona Termińska, prezes eWinner Apatora Toruń, jedna z najbardziej wpływowych kobiet według zestawienia sportmarketing i dobry policjant w rodzinie Termińskich. Mówi o swoich pasjach, przejażdżkach Harley’em i o tym, kto rządzi w klubie i w domu. Mąż jest właścicielem Apatora. Mówią, że rządzi z tylnego siedzenia. – Ale ja jestem samodzielna i niesterowalna. Poza tym sport to praca zespołowa – tłumaczy Termińska.

Dariusz Ostfiński, Interia: Co pani sobie pomyślała, jak dowiedziała się, że jest na 31. miejscu najbardziej wpływowych kobiet w polskim sporcie?

Ilona Termińska, prezes eWinner Apatora Toruń: Przeczytałam listę i pomyślałam, że fajnie znaleźć się w takim zacnym gronie. Jednakże było pewne zaskoczenie tym bardziej, iż pracuję w typowo męskim sporcie. Poza wszystkim miło jest być docenionym, choć ja zawsze podkreślam, że na wyniki pracuje zespół, a nie jedna osoba. W Apatorze oprócz mnie pracuje wiele kobiet: dyrektor klubu, specjalista ds. marketingu, księgowa, pracownice funkcyjne. Wykonujemy prace organizacyjne, jesteśmy na zapleczu i nas medialne rzadko widać. W mediach widać mojego męża Przemka, trenera Tomasza Bajerskiego, członka rady nadzorczej Adama Krużyńskiego.

Reklama

Kogoś pani w zestawieniu zabrakło?

- Z żużlowego środowiska, to na pewno Marty Półtorak. Pani Marta często wyraża swoje własne, czasem lekko kontrowersyjne poglądy, ale to taka moja kandydatka.

Wygrana Anny Lewandowskiej?

- Nie zaskoczyła mnie. Jak usłyszałam o rankingu, to miałam w głowie dwa, trzy nazwiska. Na pewno Igę Świątek, bo ona teraz jest na fali. Zwycięża, ma oglądalność i promocję. Anna Lewandowska słusznie jednak została doceniona. Ciężko pracuje na swój wizerunek.

A pani ma na coś wpływ? Rozgrywa pani jakieś rzeczy zakulisowo?

- My w toruńskim klubie jesteśmy poprawni politycznie. Zresztą, każdy, kto wie, jak działa PGE Ekstraliga, czy eWinner 1. Liga, wie, że to praca zespołowa, dzielenie się doświadczeniami, sztuka osiągania kompromisów, które mają się przełożyć na jak największą popularność tego niszowego w sumie sportu.

Czyli na boku nic pani nie potrafi załatwić?

- Nie. Są sugestie, wnioski, ale to nie działa tak, że ja tupnę nogą i coś się dzieje.

A mówią, że Apator rządzi ligą, bo szef Ekstraligi był kiedyś prezesem tego klubu.

- Gadają, bo gadają, ale Wojtek Stępniewski podchodzi zdroworozsądkowo. Jego interesuje cała dyscyplina, a nie jeden klub.

To dobrze, bo chciałem dodać, że spotkałem się też z taką teorią, że Apator ma gorzej, bo były prezes za wszelką cenę chce udowodnić brak związków z klubem.

- To też nieprawda. Prezes Stępniewski każdego traktuje równo. Naszego klubu ani lepiej, ani gorzej niż innych.

"Przegląd Sportowy", uzasadniając pani wybór na liście wpływowych kobiet, napisał, że jest pani twardą negocjatorką, że utargowała pani 100 tysięcy na transferze Jasona Doyle’a do Unii Leszno.

- Negocjował mąż, a ile utargował, to nie powiem. W każdym razie sytuacja pandemiczna wymusza walkę o każdy grosz.

A Doyle odszedł, bo nie było was stać, bo nie chcecie wydawać więcej, niż macie.

- Budżet nie jest z gumy, a mieliśmy nadwyżkę zawodników, więc trzeba było podyskutować i zastanowić się nad tym, czy zostawiamy braci Holderów, czy Doyle’a. Padło na tego ostatniego. Przeważyła wiara w Holderów.

Kontrakt z Lambertem mieści się w granicach zdrowego rozsądku. Były kluby, co oferowały mu 800 tysięcy złotych za podpis.

- Nie powiem, jak wysoki jest kontrakt. Wydaje się, iż zawodnik zapałał sympatią do Torunia. Chyba czuł, że będzie mu u nas dobrze. Po wspólnym wyjeździe chłopaków na zgrupowanie do Szczyrku przekonał się do nas na dobre. Myślę, że on już jest ważnym elementem tego zespołu, że to będzie można zauważyć na torze.

Jak Termińscy znaleźli się w żużlu?

- Byliśmy sponsorami, kibicowaliśmy i nagle znaleźliśmy się w centrum żużlowego świata, kiedy mąż odkupił udziały od pana Romana Karkosika. Z racji tego, że nie wywodzimy się z tego środowiska podchodzimy do niego biznesowo, chociaż z dozą emocji.

Mąż jest bardzo głośny, pełno go w mediach, czasem szokuje wpisami na Facebooku. A pani?

- Ja tak nie chcę. W rodzinie jedna osoba zawsze będzie bardziej medialna, ale mamy wspólny front, idziemy w jednym kierunku. Od kontrowersyjnych poglądów, czasami może i szokujących jest mąż. Jak ma ochotę, to się wypowiada. W końcu wie, co się w klubie dzieje, jest jego właścicielem.

Pani, chociaż akceptuje te jego wpisy, mówi: przeczytałem, możesz wcisnąć: publikuj.

- Najczęściej widzę wpisy przed publikacją. Nie wszystkie, ale większość. Czasem coś podpowiem, bo wiem, że ważny jest balans między różnymi czynnikami, że to nie może być wyłącznie bazowanie na emocjach. Inna sprawa, że sport to właśnie te emocje i jak się czasami zrobi burzę, zamiesza w tym kociołku, to pomaga, pewne sprawy się rozwiązują.

To u was działa to tak, że pani jest tym dobrym policjantem, a mąż tym złym.

- Ktoś musi być tym dobrym. A poważnie, to może to wrażenie, stąd, że ja się aż tak bardzo nie udzielam, nie ma mnie w mediach, a mieszanie w tym kociołku zostawiam mężowi.

Na początku to mąż był prezesem, ale kiedy dostał się do senatu, to musiał zrezygnować i wtedy pani przejęła stery. Jest pani samodzielna, czy mąż steruje z tylnego siedzenia?

- Jestem samodzielna i niesterowalna. Poza tym klub, to spółka, a to oznacza pracę zespołową. Musi być przepływ informacji, musimy być zgrani. O finansach decyduje mąż, ale jak są jakieś trudne decyzje budżetowe, to dyskutujemy. Na przykład, jak wiemy, że przydałby nam się jakiś kamyczek w drużynie, to rozważamy, czy damy radę, czy też kamyk nie jest dla nas za ciężki.

A w domu, kto rządzi?

- Razem podejmujemy decyzje. Kontakt, rozmowa, zrozumienie i tolerancja.

Wciąż zamyka pani oczy, jeżdżąc z mężem na jego Harleyu?

- Ostatnio, jak jechaliśmy, to już miałam oczy otwarte. Pewniej jednak czuję się w samochodzie. Cztery koła są dla mnie bezpiecznie. Z dwoma kołami mam kłopot. Zwłaszcza że ten Harley jest wielki. Nawet ruszyć go nie potrafię. Lubię jednak, jak mąż nim jedzie. To mi się podoba. Ten zapach, dźwięk.

To może kiedyś wsiądzie pani na żużlowy motocykl?

- Namawiają mnie. Jak się na treningu pojawiam, mówią: może by pani prezes wsiadła. Nie skusze się jednak zostawiam to zawodowcom.

To prawda, że opuściła pani dotąd trzy mecze na Motoarenie?

- Otwarcie Motoareny było wydarzeniem ważnym w naszym mieście. Do tamtej pory mecze żużlowe oglądałam w telewizji, jednakże po pierwszym meczu, po niepowtarzalnych emocjach meczowych zaczęłam regularnie chodzić na speedway. Żużlowa niedziela stała się naszą domową tradycją. W sumie opuściłam cztery, może pięć spotkań.

Jak długo zamierza pani z mężem wspierać klub, być właścicielem?

- Ciężkie pytanie. Jesteśmy tu i teraz. Realizujemy cele i zadania. Przyszłość przed nami.

Jakie to były cele?

- Po spadku, mieliśmy wrócić do PGE Ekstraligi.

A teraz?

- Utrzymać się.

Potem, jak rozumiem, będzie walka o tytuł.

- Ja już tyle razy wierzyłam, że będzie to złoto, że nie chcę już tak do tego podchodzić, ale czekamy. Mieliśmy już zawodników, którzy statystycznie powinni byli dać nam medal, mieliśmy mistrzów świata, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Dlatego teraz podchodzimy z pokorą.

Ktoś panią w tym sporcie zawiódł?

- Nie. Pewnie były różne trudne sprawy, ale ja to zawsze mówię: uszy do góry i do przodu.

A co, jak nie będzie kibiców na trybunach. Budżet Apatora to zniesie?

- Kibice to nieodzowny element tego sportu i ciężko mi jest oglądać żużel przy pustych trybunach. Stadiony są po prostu smutne. Nie da się też ukryć, że jest to solidny przypływ finansów. U nas jest on, podobnie jak w innych klubach, obecnie nikły. Sprzedaż karnetów teraz wręcz stanęła. Liczę jednak, że kibice w tym roku wejdą na stadiony. Teraz jest dużo zakażeń, mamy przesilenie, taki moment krytyczny, ale może za jakiś czas będzie zgoda na jedną czwartą lub połowę stadionu w reżimie sanitarnym. Wpływy z dnia meczu potrzebne są każdemu klubowi.

Kiedyś czytałem, że pani dużo biega.

- Zgadza się, staram się biegać dziesięć kilometrów. To jest taka część dnia, gdy jestem sama ze swoimi myślami i pięknym otoczeniem. Zaczęłam od bieżni, bo to w domu i wygodnie. Potem jednak wyszłam na zewnątrz. Jest ciężej, inaczej, ale pięknie. Na bieżni biegam rzadko. Teraz częściej przez pandemię i zamknięcie kraju. Pandemia nadal trwa, ale teraz można już w miarę swobodnie spacerować po lesie z psiakami.

Coś jeszcze panią pasjonuje?

- Sportowo oprócz biegania jest jeszcze taniec, a konkretnie zumba. Osiem lat temu znalazłam się na zajęciach prowadzonych przez Tomka Florja. W czasach pandemii Tomek prowadzi zajęcia, poprzez media społecznościowych. W domu już wiedzą, że czasami lubię sobie pozumbić. Lubię też czytać, wracać do dobrej literatury. Obecnie to jest "Annę Karenina". Poza tym lubię zwiedzać świat, poznawać historię odwiedzanych miejsc. Teraz to jednak trudne...

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama