Reklama

Reklama

Żużel. Przepis o zawodniku U-24 oddzielił mężczyzn od chłopców. To nie przypadek, że niektórzy stracili pracę

Nowinka regulaminowa, wymóg posiadania zawodnika U-24 w składzie, skomplikowała życie wielu żużlowcom. Najbardziej oczywiście dotknęło to tych, którzy nie mieszczą się w limicie. Niektórzy pokończyli kariery. - Ten przepis to bardzo zła rzecz dla żużla - mówią z autentycznym poczuciem krzywdy. Czy jednak na pewno mają rację? Postanowiliśmy przeanalizować kilka przypadków.

Jednym z czołowych żużlowców, którzy de facto zostali bez klubu, jest Grzegorz Walasek (podpisał kontrakt bez gwarancji startowych i ustalonych warunków finansowych z Ostrovią). Doświadczony zawodnik straszy już tylko nazwiskiem. Ostatni sezon był w jego wykonaniu kiepski, z przewagą występów słabych lub przeciętnych nad dobrymi. Średnia 1,774 w eWinner 1. lidze to na pewno nie to, czego w Ostrowie oczekiwali od zawodnika, który zdobywał z reprezentacją złote medale w DPŚ, czy też wygrał IMP. Dodatkowo tym roku Walasek zrobił sobie antyreklamę podczas mistrzostw ligi w Bydgoszczy, gdzie starał się wszystkich przekonać, że jedzie za karę. Zaliczał on kolejne defekty przypominając piłkarza symulującego kontuzję. - Co za żenada. Po co on tu przyjechał? - mówili kibice. 

Reklama

Czeski film, czyli same zera

Kontraktem warszawskim z RM Solar Falubazem Zielona Góra ratował się także Vaclav Milik. Czech od kilku lat jest poza światową czołówką, choć zaczynał obiecująco. Tegoroczna średnia w PGE Ekstralidze - 1,226. Jedną czwartą swoich biegów kończył na ostatnim miejscu. Niewiele lepiej było rok temu - 1,233. Czy takie średnie zawodnika, który na dokładkę tani nie jest (minimum 100 tysięcy za podpis) są pokusą do podpisania z nim umowy? Raczej niekoniecznie. W bezpośrednich kontaktach ze światową czołówką Milik też wypada marnie. Przypomnijmy tegoroczne GP w Pradze i same zera.

Pokłócił się z działaczami

Linus Sundstroem to zawodnik, który kontrakt bez gwarancji podpisał z Moje Bermudy Stalą Gorzów. On również ma powyżej 24 lat. Ostatnie sezony to jednak dla niego fatalna passa. Być może to pokłosie bardzo groźnego upadku, po którym przez kilka dni zagrożone było nawet jego życie. Rok 2020 Szwed spędził w Lokomotivie Daugavpils, gdzie był zasadniczo najsłabszym seniorem i jeśli zdobywał punkty, to na juniorach lub defektach/upadkach. A dodatkowo pokłócił się z działaczami. 

Nie robią postępów, są groźni dla innych

Kilku zawodników, którzy nie mogli znaleźć klubu, zdecydowało się podpisać umowy bez gwarancji w Żurawiu Gdańsk, który za jakiś czas być może dołączy do rozgrywek polskiej ligi. Renat Gafurow to ciekawa opcja dla szukających uzupełnienia składu, choć ilość wykluczeń i upadków spowodowanych przez tego zawodnika w ciągu ostatnich kilku lat jest zatrważająca. 

Marcin Jędrzejewski w ostatnim roku nie był zbyt mocnym punktem Wilków Krosno, choć to była tylko 2. Liga. 

Słoweniec Matic Ivacic z kolei mimo dużego wsparcia sponsorskiego i młodego wieku (ma tylko 27 lat), nadal nie potrafi dobrze wychodzić ze startu i płynnie składać się w łuki. Widoczny jest też u niego strach przed walką na dystansie po zeszłorocznym upadku w Pardubicach. Dość miał go nie tylko Jerzy Kanclerz, ale i wszyscy w Bydgoszczy. 

Woleli zejść ze sceny

Kilku żużlowców skończyło kariery. Rafał Okoniewski uznał, że po prostu czas zejść ze sceny i to raczej nie ma związku z przepisem o obowiązkowym zawodniku U-24. Swoje już w żużlu zrobił, a od jakiegoś czasu jeździł coraz gorzej. W minionym sezonie przegrywał już nawet starty, a przecież to był jeden z najlepszych fachowców na świecie, jeśli chodzi o ten element. Karierę skończył też Marcel Kajzer, ale on do fachowców raczej nie należał. Pokazały to tegoroczne występy w drugiej lidze, bo nie był w stanie nic specjalnego pokazać nawet na tym szczeblu na swoim domowym torze w Rawiczu. Trudno się dziwić, że jego kandydatura nie budziła zainteresowania. 

Często kłopotem dla żużlowca, gdy przychodzi szukać nowego klubu, są zbyt wygórowane oczekiwania w stosunku do prezentowanego poziomu sportowego. - Chyba zmieniliśmy się jako ludzie. Da się to zauważyć u wszystkich, także u żużlowców. Mniej wymagamy od siebie, a oczekujemy od innych jakichś zapewnień. To coś jak lokata bankowa. Zawodnik chce znaleźć dla siebie coś bezpiecznego, przy możliwie najmniejszym ryzyku - opisuje Marta Półtorak, była prezes rzeszowskiej Stali. 

Da się zauważyć dość dziwną tendencję, że nawet słabi zawodnicy potrafią postawić klub pod ścianą i niejako wymusić podpisanie kontraktu, korzystając ze przepisów. - Jeżeli pracodawca pozwala na to, by pracownik dyktował mu warunki, to nie powinien być pracodawcą. Może powinien zastanowić się nad byciem pracownikiem? Już jakiś czas temu obserwowałam pogłębianie się tej sytuacji. To świadczy też o słabości prezesów i menedżerów. Chyba są w miejscu, w którym być nie powinni - puentuje Półtorak.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje