Żużel. Problemy polskich juniorów. To ich zabija. Wyliczamy powody
Wielu żużlowców kończy karierę po ukończeniu wieku juniora. Dlaczego tak się dzieje? Wspólnie z ekspertem nSport+ Wojciechem Dankieiwczem wyliczamy powody takiego stanu rzeczy. Władze polskiego żużla liczą, że sytuacja się zmieni, w czym pomóc ma przepis o zawodniku U-24.

Co zabija polskich juniorów?
Po pierwsze. Wraz z przejściem na wiek seniora tracą dużą liczbę startów. Mecze ligowe, DMPJ, Brązowy i Srebrny Kask itd. Juniorzy mogą zaliczyć naprawdę mnóstwo występów. Później liczba szans drastycznie spada, a to na torze wyciąga się najważniejsze wnioski. - W juniorskich czasach częściej odbywa się rywalizacja między sobą, do tego dochodzą zmagania typowo młodzieżowe. Później liczba wyścigów jest mocno ograniczona - ocenił Dankiewicz.
Po drugie. Mają kłopot ze zbudowaniem zaplecza i profesjonalnego teamu. Tak jak w życiu, tak i tu młody człowiek zazwyczaj jest na dorobku. Większość musi zatem liczyć każdy grosz. - Każdy młody zaczyna budować swoją markę. Nie od razu zatem ma on dużo pieniędzy i dostęp do najlepszych tunerów - powiedział nasz rozmówca.
Interesujesz się sportem? Sprawdź nowy serwis Sport Interia!
Po trzecie. Stare wygi wciąż mają wiele do powiedzenia. W żużlu trudno o zmianę pokoleniową. Z powodzeniem wciąż radzą sobie zawodnicy po 40-stce. Trzeba zatem naprawdę zabłysnąć, by przebić się przez listę zawodników będących w dyscyplinie nawet od dekad. - Nadal mówimy o sporcie, a więc jak wszędzie młodzi muszą mierzyć się ze starszymi, w tym członkami Grand Prix, a ci nie chcą oddać pola - stwierdził komentator.
Po czwarte. Brak im zrównoważonego rozwoju. Od dobrych kilku lat Polska jest hegemonem w rozgrywkach młodzieżowych. Później nasze przyszłe gwiazdy gasną, natomiast zagraniczni oponenci stopniowo przejmują inicjatywę, z roku na rok poprawiając swą skuteczność. - W młodzieżowych czasach "nasi" zaliczają szybszy progres od rówieśników. Następnie się to zmienia, co pokazują m.in. przykłady Nickiego Pedersena oraz Jasona Doyle'a, którzy spokojnie pięli się po szczeblach, dochodząc do mistrzostwa świata - ocenił Dankiewicz.
Po piąte. Nie ma odpowiedniej liczby adeptów. Niegdyś chłopcy garnęli się do żużla, a kluby były zmuszone robić selekcję. Teraz niemalże każdego zainteresowanego traktuje się jako dar od Boga, nawet jeśli nieszczególnie nadaje się do dyscypliny. - Rzecz w tym, że za ilością może iść jakość, bo stworzymy większą szansę na trafienie żużlowych "perełek". Od dawna spogląda się na ten problem, dlatego kluby muszą szkolić zawodników od klasy 250cc do 500cc. Mówi się także o otwarciu drugich drużyn, co naturalnie powinno wymusić pewne ruchy - ocenił Dankiewicz.
Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!









