Reklama

Reklama

Żużel. PGE Ekstraliga. Nie tylko żużlowcy chcą skorzystać z wielkich telewizyjnych pieniędzy

Gdy tylko ogłoszono podpisanie nowej umowy telewizyjnej pomiędzy PGE Ekstraligą a Canal+, pojawiły się głosy, że rekordowe pieniądze od nadawcy zostaną przejedzone na bieżące wydatki, bo m.in. zawodnicy wyczują szansę na znaczące zwiększenie wartości swoich umów. Mówimy bowiem o trzykrotnym zwiększeniu środków – z około 20 milionów za sezon do około 60 milionów za rok. Jak się okazuje, nie tylko żużlowcy chcą na nowej umowie zarobić.

To, że zawodnicy będą liczyć na podwyżki, było oczywiste od samego początku. Dlatego tuż po ogłoszeniu nowej umowy, prezes PGE Ekstraligi zapewniał, że spółka zarządzająca rozgrywkami przygotuje odpowiednie przepisy, które zmuszą kluby do zainwestowania pieniędzy w rozwój. Prace nad regulaminami już trwają i będą zakładać m.in. rozbudowę klubowych struktur o dodatkowych pracowników. Od początku mówi się też o stworzeniu drugich drużyn, które mają służyć rozwijaniu młodych zawodników, czy o inwestycje w infrastrukturę (plandeki, odwodnienie liniowe).

Reklama

Wydaje się jednak, że pieniędzy będzie na tyle dużo, że pomimo obowiązkowych inwestycji w różnych obszarach, kontrakty zawodników i tak wzrosną, dzięki nadwyżkom w klubowych budżetach. Okazuje się jednak, że pomimo większych wpływów, dochody żużlowców nie wzrosną wprost proporcjonalnie do wzrostu wartości umów.

Każdy chce kawałek telewizyjnego tortu

Wszystko dlatego, że interes wyczuli również mechanicy. Już teraz część z nich wspominała swoim pracodawcom, że po sezonie będzie trzeba usiąść do stołu i renegocjować umowę na kolejny rok. Nie można im się jednak dziwić - mają oni świadomość, że ich pracodawcy będą dysponować większymi środkami, więc będzie ich stać na zwiększenie wynagrodzeń współpracowników.

Najlepsi mechanicy w topowych teamach mogą liczyć na zarobki w granicach 9 - 15 tysięcy złotych netto. Niestety nie zawsze oznacza to, że żyją jak pączki w maśle. Mniejszość otrzymuje pieniądze na takim poziomie przez cały rok. Gros z nich nie otrzymuje wynagrodzenia w okresie zimowym, czyli przez pół roku musi zarobić na przeżycie przez 12 miesięcy. A przecież zimą trzeba uzupełniać zaplecze sprzętowe, czy budować motocykle na kolejny sezon.

Ci, którzy liczą na podwyżki, oczekują, że będą one na poziomie 30-40%. Oznacza to, że finansowa czołówka będzie negocjowała zarobki na poziomie około 20 tysięcy złotych. To byłyby olbrzymie pieniądze. Już teraz najlepsi mogą liczyć na bardzo dobre pieniądze, nawet biorąc pod uwagę fakt, że przez pół roku są niemal ciągle w trasie. Jeśli udałoby im się osiągnąć negocjacyjne cele, postępujące w tej grupie rozwarstwienie jeszcze bardziej by się pogłębiło.

Piotr Kaczorek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje