Reklama

Reklama

Żużel. PGE Ekstraliga. Nie każdy jest jak Hancock. Protasiewiczowi coraz trudniej wracać do siebie po upadkach

46-letni już żużlowiec to jeden z najlepszych Polaków w XXI wieku i bez wątpienia ikona tego sportu. Czasu się jednak nie oszuka. Ofensywny i czasem brawurowy styl jazdy Protasiewicza często przyczynia się do upadków, a te wraz z wiekiem coraz mocniej odciskają się na zdrowiu i psychice. Od kraksy z Adrianem Gałą, kapitan Marwis.pl Falubazu jedzie znacznie słabiej. To może być powód do niepokoju.

Pod koniec kwietnia w trakcie bydgoskich eliminacji IMP Protasiewicz zahaczył o bandę, przewrócił Adriana Gałę, a sam wystrzelił w powietrze. Żużlowiec Abramczyk Polonii doznał bardzo poważnej kontuzji: złamał kilka kręgów, a także nabawił się odmy płucnej. Sprawca zdarzenia niczego nie złamał, ale również nie czuł się najlepiej. Mówi się także o tym, że do dziś Protasiewicz ma kaca moralnego związanego z tym upadkiem. Od tego czasu jedzie zauważalnie słabiej: w trzech kolejnych meczach ligowych zdobył łącznie jedenaście punktów. Kiedyś robił tyle w jednym meczu i było to dla niego standardem. Nie da się ukryć, że w dwóch ostatnich ligowych starciach to właśnie punktów Protasiewicza zabrakło drużynie.

Reklama

Technika jazdy pana Piotra i jego torowa brawura sprzyja niestety częstym upadkom. W swojej karierze Protasiewicz miewał sporo drobnych kontuzji, ale z każdej wychodził bez szwanku. Gdy jednak nawet zawodowy sportowiec zbliża się do 50. rok u życia, pewnych rzeczy nie da się już szybko wyleczyć. Coraz częściej przeszkadza także psychika, która podpowiada, by lepiej skończyć, dopóki jest się w jednym kawałku. Protasiewicz nikomu niczego już udowadniać nie musi. Ten sezon jest jednak dla niego bardzo pechowy pod względem upadków. Mamy dopiero początek maja, a zawodnik już kilka razy solidnie się poobijał.



Dobre starty receptą na długowieczność?

Ktoś powie, że taki Greg Hancock gdyby nie choroba małżonki pewnie jeździłby do dziś. Może i tak, ale jest znacząca różnica między Hancockiem a Protasiewiczem. Ten pierwszy to typowy startowiec, który urywał się spod taśmy, trzymał krawężnik i tyle go widzieli. Na palcach jednej ręki można policzyć przegrane starty Hancocka, w których był w stanie coś zdziałać na trasie. Przeważnie to jego wyprzedzali. Protasiewicz o wiele częściej musi walczyć o punkty na trasie, no to i częściej zdarza mu się upadać, tym bardziej że stykowych sytuacji nigdy się nie bał.

Można jednak powiedzieć, że żużlowiec będący tzw. startowcem, ma o wiele większe szanse na sportową długowieczność. Znacznie mniej ma bowiem kontaktu z rywalami, który tak regularnie przyczynia się do ewentualnych kontuzji. Na nieszczęście Protasiewicza, do startowców to on za bardzo nie należy. Pozostaje zatem wierzyć, że i tym razem doświadczony zawodnik się pozbiera i jeszcze w tym sezonie wróci do dawnej dyspozycji. Jeśli jego drużyna chce realnie myśleć o spokojnym utrzymaniu, punkty kapitana będą niezbędne. Póki co, w Zielonej Górze zachowują spokój, ale jeśli GKM wygra jakiś mecz, może zacząć się robić nerwowo. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama