Reklama

Reklama

Żużel. PGE Ekstraliga. Kosztował 240 tysięcy, ma największy talent w Polsce, a nie łapie się na szprycę

Toruńscy kibice przecierali oczy ze zdumienia, gdy widzieli jak kontraktowany za duże pieniądze 19-latek z Gdańska nie łapał się na szprycę nawet w biegu młodzieżowym. Trzy zera Żupińskiego przywiezione w bardzo słabym stylu każą zastanowić się nad sensem jego dalszych występów. Być może zawodnikowi przydałaby się przerwa, bo PGE Ekstraliga mocno go przerosła.

Karol Żupiński już jako 15-latek pokazywał się z kapitalnej strony. W zawodach młodzieżowych bezproblemowo pokonywał dużo starszych kolegów. Robił to, mimo notorycznie przegrywanych startów. Z wielką niecierpliwością wyczekiwano jego debiutu w lidze. Już w pierwszym meczu wprawił w osłupienie, bo na trasie pokonywał doświadczonych seniorów. W tym samym roku prezes klubu Tadeusz Zdunek określił go największym talentem w Polsce. Był to trzy lata temu. I w zasadzie od tego czasu zawodnik stopniowo jeździ coraz słabiej. Mimo tego, wobec posuchy na rynku juniorskim, sięgnął po niego eWinner Apator Toruń, licząc że dając mu korzystny kontrakt, będzie mieć z niego pociechę.

Reklama

Nic bardziej mylnego. Żupiński jedzie fatalnie, zdobywa pojedyncze punkty. Legitymuje się średnią biegową 0,800. Dużo lepiej od niego prezentuje się choćby 16-letni Krzysztof Lewandowski, zawodnik o znacznie mniejszym doświadczeniu. Kibice w Toruniu po niedzielnym meczu z Włókniarzem zaczęli przebąkiwać o tym, że może warto byłoby dać szansę Kamilowi Marcińcowi, który gorzej niż Żupiński na pewno nie pojedzie, a już długo czeka na okazję do startu. Taki ruch pokazałby zawodzącemu juniorowi, że nie ma pewnego miejsca w składzie i jeśli będzie kiepsko jeździł, nie ma co liczyć na taryfę ulgową. Inna sprawa, że tak drogi żużlowiec siedzący na ławce urastałby do rangi kuriozum.



To już nie jest przypadek?

Warto zauważyć, że rozmieniający się na drobne Żupiński do złudzenia przypomina Maksymiliana Bogdanowicza, który w 2019 również miał być liderem formacji juniorskiej w zespole z Torunia. Jego występy okazały się jednak katastrofą i przez cały ligowy sezon pokonał sportowo... jednego rywala (Przemysława Liszkę). Po tamtym sezonie w praktyce zakończył poważną karierę. Mówiło się, że nie wytrzymał presji i oczekiwań, jakie były wobec niego w ekstraligowej drużynie. Wcześniej w Gnieźnie nie odczuwał tego na taką skalę, a dodatkowo oczywiście miał w biegach znacznie słabszych rywali. Przygoda w Toruniu okazała się jednak dla niego sportową zagładą.

Być może trudne środowisko w Toruniu przygniotło także Igora Kopcia-Sobczyńskiego, który w początkowej fazie kariery zapowiadał się na całkiem niezłego zawodnika. W pewnym momencie był nawet w kadrze narodowej juniorów. Potem jednak coś się posypało i z roku na rok jeździł coraz gorzej. Czarę goryczy przelał sezon 2020, spędzony na zapleczu PGE Ekstraligi. Tam zawodnik miał być jednym z najlepszych juniorów, ale rzeczywistość okazała się odmienna. Choć oficjalnie nie skończył jeszcze kariery, trudno wierzyć, by wrócił do żużla. Tym bardziej, że wielokrotnie mówił, jak nieprzyjemne dla niego są zachowania kibiców. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź




Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje