Reklama

Reklama

Żużel. PGE Ekstraliga. Kartoflisko na drugim łuku w Lublinie. O co chodzi?

Drugi łuk w Lublinie słynie jako jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na polskich torach żużlowych. Niemal co mecz dochodzi tam do kraksy. Dlaczego nie da się nic zrobić z tamtejszym „kartofliskiem”?

Mateusz Świdnicki, Jarosław Hampel, Krzysztof Buczkowski, Grigorij Łaguta, Jack Holder. Za nami dopiero trzy mecze bieżącego sezonu na lubelskim stadionie, a lista zawodników, którzy zapoznali się z nawierzchnią tamtejszego drugiego łuku jest bardzo pokaźna. Co więcej, wydaje się ona dosyć krótka, jeśli weźmiemy pod uwagę jak wygląda zazwyczaj pokonywanie tego odcinka. Przypomina to nieco narciarską jazdę po muldach lub - operując nad wyraz popularnym slangiem żużlowo-rolniczym - wyścigi motocyklowe po kartoflisku.

Od zawodników słyszymy, że lubelski tor uchodzi za jeden z najtrudniejszych w Polsce, bardzo technicznych i przypominających nieco te znajdujące się na terenie Wielkiej Brytanii. - To z powodu geometrii, a konkretnie drugiego łuku. Najczęściej widzimy to na zawodach młodzieżowych. Jak taki młody chłopak nie wie jak wejść w ten wiraż, to bardzo często kończy w balotach - mówi nam jeden z żużlowców.

Reklama

Kiedy wykopki na lubelskim kartoflisku?

Czyżby zawodnicy najlepszej ligi świata mieli podobne problemy z pokonywaniem tego łuku, co nastolatkowie startujący w DMPJ? Dlaczego nikt im nie powie jak w niego wejść? No i czy geometria toru może powodować, że żużlowcy podskakują na wirażu niczym jeszcze jakiś czas temu niemieckie samochody po przekroczeniu polskiej granicy? Jak słyszymy, jest w tej historii ziarnko prawdy.

Drugi łuk w Lublinie jest bowiem niesamowicie ostry jak na polskie warunki. Niewiele mamy przecież nad Wisłą obiektów, na których wykonuje się tak zwaną "pełną zawrotkę". Cztery buksujące kołami maszyny wpadające w łuk i obracające się o 180 stopni działają niczym pług - orają nawierzchnię i tworzą koleiny, w które zawodnicy wpadają już podczas kolejnego okrążenia.

Do wykopków przy Alejach Zygmuntowskich czeka nas więc długa droga. Kartofliska na drugim łuku nie da się usunąć od ręki. Musielibyśmy chyba zarządzić podczas spotkań Motoru kosmetykę toru po każdym okrążeniu. Widać było to choćby w meczu z eWinner Apatorem, gdy zawodnicy podskakiwali na wirażu, mimo iż nawierzchnia była sucha i ubita jakbyśmy znajdowali się w sąsiedztwie arabskich rafinerii naftowych, a nie kopalni w Bogdance. Jedyną nadzieją na zniwelowanie niebezpiecznego miejsca jest więc wymiana nawierzchni na nową, bardziej odporną na tego typu orkę. Na taki proces trzeba jednak poczekać do zakończenia sezonu.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Dowiedz się więcej na temat: żużel | PGE Ekstraliga | Motor Lublin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje