Reklama

Reklama

Żużel. PGE Ekstraliga. Czy GKM z Miesiącem nie wpadł z deszczu pod rynnę?

Mimo że mamy dopiero początek sezonu, już teraz w zasadzie pewne jest, że dla Zooleszcz DPV Logistic GKM-u Grudziądz utrzymanie w lidze będzie sporym sukcesem. Zespół oparto na zawodnikach, którzy bardzo zawodzą i nic nie wskazuje na to, by mieli w najbliższym czasie się poprawić. Zakontraktowano Pawła Miesiąca, ale biorąc pod uwagę to, że rok temu ten zawodnik szału nie robił, może się to okazać chybionym strzałem.

Działacze z Grudziądza przed sezonem 2021 poczynili bardzo ryzykowne ruchy kadrowe. Zdecydowali o ściągnięciu do drużyny Krzysztofa Kasprzaka, który od dłuższego czasu jest cieniem siebie sprzed lat. Zostawili Przemysława Pawlickiego, największego przegranego sezonu 2020 i zawodnika, który rok temu prezentował się po prostu fatalnie. Transfer Norberta Krakowiaka jako żużlowca U24 także na nikim wrażenia nie robił, bo choć 22-latek jako junior prezentował się solidnie, to mało kto wierzył, że będzie regularnie punktującym seniorem. Zespół miał być oparty także na dwóch Duńczykach, którzy jeździli w Grudziądzu już rok temu. Nicki Pedersen i Kenneth Bjerre to doświadczeni zawodnicy, od których można wymagać konkretnych zdobyczy. Do tego wszystkiego udało się pozyskać obiecującego Mateusza Bartkowiaka z Gorzowa.

Reklama

Początek sezonu pokazał jednak, że w powrót do wielkiej formy Kasprzaka mogą już wierzyć tylko najwięksi optymiści. 37-letni żużlowiec znowu jeździ tragicznie i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek miało się u niego zmienić. Niezależnie od tego, czy dopuszcza do siebie taką myśl, prawdopodobnie nieuchronnie zmierza ku eWinner 1. Lidze. Wątpliwe, by za rok ktokolwiek w elicie mu zaufał. Bjerre jest niewiele lepszy, a do tego wyszło na jaw, że oszczędza na sprzęcie i jeździ na kilkuletnich silnikach. Krakowiak z kolei mocno zderzył się z seniorską karierę i póki co, zbyt dużo drużynie nie daje. Swoje robią w zasadzie tylko Pedersen i Pawlicki, pod warunkiem, że nie jadą razem w biegu.



Czy to naprawdę zbawienie?

Wobec coraz gorszego ligowego położenia drużyny (GKM wygrał jeden mecz, w dużej mierze korzystając z braku Taia Woffindena), zaczęto się zastanawiać, kto mógłby realnie wzmocnić drużynę. Już na początku rozgrywek z rynku "sprzątnięto" najciekawsze opcje, czyli Vaclava Milika oraz Tobiasza Musielaka. Z zawodników mogących wnieść cokolwiek do ekstraligowej drużyny, pozostał jedynie Paweł Miesiąc. Ten jednak miał świadomość bycia "tym jedynym" i bardzo się cenił. Kluby pierwszoligowe były wręcz zaszokowane jego oczekiwaniami. Ostatecznie działacze GKM-u niejako postawieni pod ścianą, postanowili zaufać 36-letniemu zawodnikowi, który jednak wcale nie jest jakiś wielkim pewniakiem do zdobywania dużej ilości punktów.

Miesiąc miał kapitalny sezon 2019. Wyskoczył wówczas jak przysłowiowy królik z kapelusza. Nikt nie wierzył, że po wielu latach rozbratu z najlepszą ligą świata, zawodnik nigdy nie będący nawet w szerokiej światowej czołówce, okaże się rewelacją ligi. Tak się jednak stało, a Miesiąc był w stanie pokonywać gwiazdy światowego żużla nawet na ich torze. Już sezon 2020 był dla niego słabszy, choć nie można mówić o żadnym rozczarowaniu. Pojawili mu się jednak poważni rywale do miejsca w składzie w postaci Hampela i Jamroga, co nie służyło budowaniu formy sportowej.

Należy się więc zastanowić, czy faktycznie Miesiąc zbawi GKM. Drużyna pilnie potrzebuje kogoś na 8-10 punktów, a raczej trudno oczekiwać, by ten żużlowiec zdobywał tyle co tydzień. W pojedynczych meczach jest w stanie zakręcić się wokół takiego wyniku, ale raczej małe są szanse, by ustabilizował się na tym poziomie. Jako że do tanich nie należy, rodzi się pytanie czy rzeczywiście warto było go kontraktować. To pokażą najbliższe mecze, ale pewne jest to, że największe błędy w Grudziądzu popełniono już zimą.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje