Reklama

Reklama

Żużel. Ostatnia szansa Kacpra Gomólskiego. Jeśli nie pomoże mu Marek Cieślak, to już nikt inny

Kacper Gomólski to przykład jednego z najbardziej spektakularnych zjazdów w dół, jeśli mówimy o talentach polskiego żużla. Niegdyś seryjnie zdobywający medale za czasów juniorskich, a dziś mocno przeciętny senior w eWinner 1. Lidze. Zawodnik liczy, że odbuduje się w PGG ROW-ie Rybnik pod okiem trenera Marka Cieślaka.

W żużlu często bywa tak, że jest wielki talent, który świetnie się zapowiada, by za parę lat rozmienić się na drobne. Na razie Kacper Gomólski wciąż walczy, ale niczym nie przypomina zawodnika z jego najlepszych czasów juniorskich. Zawodnik wychował się w Starcie Gniezno, gdzie od razu przejawiał spore pokłady talentu. W sumie to nie mogło być inaczej skoro pochodził z żużlowej rodziny. Tata Jacek to były żużlowiec, a brat Adrian też dawniej jeździł na żużlu.

Reklama

Przy Adrianie można by na chwilę się zatrzymać, bo to też ciekawy temat. Za czasów młodzieżowca (podobnie jak Kacper) świetnie rokował. Do dziś nikt nie wie, co się z nim stało po przejściu w wiek seniora. Miały być złe wybory i pech. Skończyło się na rychłym zakończeniu kariery. Historia jego brata wygląda dziś trochę podobnie, ale młodszy z rodzeństwa wciąż walczy i liczy, że uda mu się wrócić przynajmniej do dyspozycji z czasów juniorskich.

Te zresztą na pewno wspomina najlepiej. Ze Startu Gniezno przechodził do Unii Tarnów. Jako 19- latek mógł liczyć w tym klubie na wielką kasę. To był skok na głęboką wodę, ale miał szansę startów u boku Grega Hancocka czy Janusza Kołodzieja. Zresztą Gomólski zawsze był odważny i nie bał się nazywać rzeczy po imieniu. - Przychodzę tutaj po mistrzostwo Polski - mówił przed rokiem 2012. I może sezonu oszałamiającego nie miał, ale jego drużyna faktycznie zdobyła złoto. A on sam się sporo nauczył. Kiedy kończył wiek juniora był już zupełnie innym zawodnikiem. Czołówka polskich młodzieżowców. Wystarczy wspomnieć, że w swoim dorobku ma srebro i brąz mistrzostw świata juniorów.



Piszemy o tym dlatego, że wszystko to działo się w trakcie współpracy Gomólskiego z Cieślakiem. Zresztą obaj ją sobie chwalili. Później drogi panów się rozeszły, a Kacper zaczął mocny zjazd w dół. Oczywiście, to nie jest tak, że to wszystko przez brak u swojego boku trenera Marka, ale coś jest na rzeczy. Kacper najpierw próbował PGE Ekstraligi (odpowiednio Get Well Toruń i Falubaz), ale odbijał się od ściany. Później dwukrotnie wracał do Wybrzeża Gdańsk. W I-ligowcu niby było dobrze, ale to nie był poziom na miarę jego talentu.

Aż przyszedł sezon 2020, który okazał się najgorszym w jego karierze. Było tak źle, że zawodnik po skończonych rozgrywkach mówił nieśmiało o zakończeniu kariery. Co prawda szybko te słowa zdementował, ale wyraźnie był zagubiony. Wtedy klubowi z Rybnika zaproponował go Marek Cieślak. Trener miał do Gomólskiego słabość, więc wymyślił sobie, że postara się go odbudować. Od razu trzeba podkreślić, że w tej całej układance ROW-u Kacper jest bardzo ważną postacią. Mówi się nawet, że to w dużej mierze od niego może zależeć wynik zespołu. Jeśli pojedzie tak jak w zeszłym roku, to spadkowicz PGE Ekstraligi może mieć problem z szybkim awansem. W przeciwnym razie obie strony mogą na wzajemnej współpracy sporo wygrać.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!


Dowiedz się więcej na temat: żużel | Kacper Gomólski | PGG ROW Rybnik | Marek Cieślak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje