Reklama

Reklama

Żużel. Okiem senatora Dowhana. Gdzie był team Drabika i co Wozniacki jadła na kolację (felieton)

- Kiedy rozmawiam z przyjaciółmi o dopingu w żużlu, bardzo często pada pytanie, co on tak naprawdę daje? Przecież zawodnik ani nie pedałuje jak kolarz czy nie przebiera nogami jak maratończyk. No może ma więcej odwagi, czy koncentracji. Często pada też pytania, czy za nieświadomość, czy małe przewinienie karać? Moje zdanie: tak i to surowo – pisze w swoim najnowszym felietonie Robert Dowhan, były prezes Falubazu, senator RP.

Według słownika języka polskiego doping to zwiększanie swoich możliwości fizycznych przez stosowanie substancji nielegalnych lub dozwolonych, ale przyjmowanych w zbyt dużej ilości. Doping wydolnościowy z kolei to sztuczne podnoszenie wydolności fizycznej i psychicznej zawodnika metodami wykraczającymi poza normalny, naturalny trening

Reklama

Ostatnio trwa dyskusja o rocznej dyskwalifikacji Drabika i temat dopingu powraca jak bumerang. Nie chcę analizować, jak do tego doszło i gdzie popełniono błąd, ale na pewno szkoda młodego zawodnika. Max opowiadał o tym jak to się stało tak szczerze, że jestem pewien, że przynajmniej on sam nie do końca zdawał sobie sprawę, co zrobił. Pozostaje pytanie gdzie był w tym czasie jego team? 

Z podwórka zielonogórskiego przeżyłem dwie historie związane z dopingiem. Obie zakończyły się oczywiście bardzo źle dla samych zawodników, co oczywiste, ale konsekwencje spotkały też, klub. Zabrano nam punkty, które pozbawiały nas play-off i walki o medale. To naprawdę wielki cios dla działaczy i oczywiście kibiców. Nie wspomnę już o wizerunku  i stracie finansowej.

Dwa przypadki a jakże inne. Można je rozpatrywać w różnych kategoriach, ale konsekwencje pozostają bez zmian.

O ile jestem w stanie zrozumieć Patryka Dudka, który uczestnicząc w zajęciach ogólnorozwojowych wspierał się różnymi specyfikami zawierającymi suplementy diety sportowca to Aleksandra Łoktajewa już nie. Jemu nie można wybaczyć, bo świadomie narażał swoich kolegów z toru jak i siebie na wielkie niebezpieczeństwo. Jest to działanie nie do przyjęcia, dlatego oprócz konsekwencji dyskwalifikacji i zawieszenia sportowego poniósł też klubowe. I nie były wcale małe, chociaż dla samego zawodnika na pewno dotkliwe. Jak wiemy rozstaliśmy się z Łoktajewem i raczej nie wróci już do Zielonej Góry. A szkoda, bo pokładaliśmy w nim duże nadzieje.

Dla Patryka z kolei to, co się stało, to jest nauczka na całe życie, aby czytać etykiety produktów, ale też, co i z kim robić i komu zaufać.

Przyjaźnie się od wielu lat z rodziną Woźniacki (ch) a Carolina w sporcie zawodowym na kortach osiągnęła bardzo dużo. Kiedyś byliśmy razem na kolacji i zdziwiło mnie, ze Carolina bardzo mało zamawia do jedzenia a sałatki czy inne dania ogranicza do porcji bez żadnych sosów i polewek. Nie byłem wtedy świadomy, ze zawodowi sportowcy aż tak bardzo uważają, co jedzą.

Rozmowa potoczyła się właśnie na tory dopingu i wtedy uświadomiłem sobie jak łatwo i nieświadomie można paść ofiara własnej lekkomyślności czy głupoty. Już wtedy a było to ładnych parę lat temu, sportowcy uważali, co i gdzie jedzą, aby nie trafić na przykład na dodatek chemiczny do jakiegoś produktu, który okaże się zakazany w sporcie. Konsekwencje dla wybitnych sportowców są duże, bo nikt wtedy nie słucha tłumaczeń, tylko zrywa wszelkie kontrakty. Tak więc już wtedy wyjście ze znajomymi do chińczyka czy na fast foody było wielkim ryzykiem i raczej nie zdarzało się ludziom wielkiego sportu.

Żużel niech będzie wielki bez sztucznego dopingu, bo najlepszym jest krzyk z gardeł kibiców i zadowolenie z samego siebie, kiedy osiąga się sukcesy ciężka praca, a nie drogą na skróty 

Robert Dowhan

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje