Reklama

Reklama

Żużel. Nie będzie zmian w Unii Tarnów. Kandydat na prezesa wyszedł zniesmaczony

Mariusz Siekaniec, przedsiębiorca, sponsor żużla, kiedyś współpracujący z Martą Półtorak, był gotowy ratować Unię Tarnów. Na spotkaniu z radą nadzorczą i udziałowcami usłyszał, że jak chce, to może wyłożyć pieniądze, ale steru w swoje ręce nie dostanie. Chyba że kupi udziały.

Unia Tarnów przegrała wszystkie spotkania w tym sezonie. Ostatnią szansą a ratunek miały być poważne zmiany na szczytach władzy. Jeden z członków rady nadzorczej przyprowadził przedsiębiorcę, który miał gotowy plan ratunkowy. Temat jednak upadł równie szybko, jak się pojawił.

Mariusz Siekaniec, człowiek, który chciał ratować Unię, przyszedł na spotkanie z radą nadzorczą i udziałowcami Unii z gotowymi rozwiązaniami. Chciał kupować silniki Flemminga Graversena, umówił kilka spotkań z potencjalnymi sponsorami, miał też wstępnie dogadany sparing z eWinner Apatorem Toruń. Wszystko miało być zrobione po to, by jak najlepiej przygotować się do dwumeczu z Cellfast Wilkami Krosno.

Reklama

Rada nadzorcza Unii Tarnów chciała, żeby dał pieniądze

Rada nadzorcza nie chciała jednak oddać władzy w ręce nowego człowieka. Siekaniec dostał ofertę wyłożenia kasy na drużynę. Dowiedział się też, że jeśli ma ochotę na poważniejsze zmiany, to musi kupić udziały. Większościowy pakiet za około 600 tysięcy złotych lub wszystko za nieco ponad milion.

Taką opcją kandydat na nowego prezesa nie był jednak zainteresowany. Trudno się temu dziwić. W obecnej sytuacji Unii najważniejsza jest strona sportowa. Klub jest nad krawędzią, ostatnią szansą na utrzymanie jest wygranie dwumeczu z Wilkami, więc trudno teraz dyskutować o kupowaniu udziałów.

Zresztą z kupnem udziałów jest ten problem, że tak naprawdę nikt nie zna stanu finansów Unii. Oficjalnie klub nie ma długów, a z zawodnikami jest rozliczony. Nieoficjalnie mówi się, że zaległości sięgają 2,5 miliona złotych. To wynika z dodatkowych umów żużlowców z TTŻ-em Tarnów.

Unia zostanie z prezesem Sadym i kłopotami

Co dalej? Najpewniej stagnacja i oczekiwania na ostateczny krach. Prezes Łukasz Sady, który jest twarzą tego, co dzieje się w Unii, podał się do dymisji, ale skoro rada nadzorcza odrzuciła ofertę Siekańca, to można mówić o pustym geście prezesa.

Najbardziej smutne jest to, że na spotkaniu z człowiekiem, który chciał ratować klub, padały nonsensowne argumenty ("po co klub ma kupować silniki, skoro mogą one wybuchnąć"), a najwięcej do powiedzenia miał człowiek, który daje na klub 5 tysięcy złotych rocznie.

Istnieje obawa, że po tym, co się stało, z Unii wycofają się wszyscy poważni sponsorzy z Dasta Inwest na czele.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź



Dowiedz się więcej na temat: żużel | eWinner 1. Liga | Unia Tarnów

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje