Reklama

Reklama

Żużel. Najwyższy czas na zagranicznego juniora? PGE Ekstraliga to nie miejsce na naukę jazdy

Kibic płacący kilkadziesiąt złotych za mecz najlepszej ligi na świecie, chciałby zobaczyć produkt warty tych pieniędzy. Tymczasem coraz częściej zdarzają się sytuacje, w których na torze ogląda się zawodników niepotrafiących złożyć się w łuki. Dotyczy to zwłaszcza młodzieżowców. Podnoszą się głosy, że należy wrócić do co najmniej jednego zagranicznego juniora w składzie. Kandydatów byłoby wielu.

Nie zamierzamy się tutaj oczywiście nad nikim pastwić czy znęcać. Nie o to chodzi. Fakty są jednak takie, że styl jazdy niektórych zawodników woła o pomstę do nieba. Moje Bermudy Stal Gorzów wobec licznych wypożyczeń oraz kontuzji Kamila Nowackiego, musi wstawiać do zestawienia Kamila Pytlewskiego. 18-latek jeździ już czwarty rok, ale nie robi żadnych postępów. Jego strata do rywali nawet w biegach młodzieżowych jest zatrważająca. W piątkowych derbach z marwis.pl Falubazem, nie łapał się w kadr realizacji telewizyjnej. Nie omieszkali zauważyć tego komentatorzy, którzy dostrzegli także walkę z torem w wykonaniu Nile Tuffta czy chaotyczną jazdę Jakuba Osyczki. Najbardziej dostało się oczywiście Pytlewskiemu, bo odkąd jeździ w PGE Ekstralidze, sportowo nie zdobył punktu. Zdeklasował go nawet debiutujący Seweryn Orgacki, i to na torze w Gorzowie.

Reklama

Tak na dobrą sprawę, Stal nie ma jednak wyboru. Musi puszczać Pytlewskiego, bo brak jej pola manewru. Swoją drogą sama jest sobie winna, bo mogła zostawić sobie kogoś umiejącego jeździć na "czarną godzinę", która właśnie nadeszła. A tak została z żużlowcem, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa miałby potężne problemy z punktowaniem nawet w 2. Lidze Żużlowej. Pytlewski bowiem po pierwsze musiały nauczyć się podstawowych elementów żużlowego rzemiosła. Na razie ma z nimi kłopoty. Jeśli kontuzja Nowackiego będzie poważniejsza, w fazie play-off taka dziura w składzie może stanowić nie lada przeszkodę w biciu się o złoto.

Są trzy klasy lepsi, a jechać nie mogą

Patrząc na jazdę wspomnianych zawodników, aż prosi się wrócić do przepisu o dopuszczalnym jednym juniorze z zagranicy w składzie drużyny ekstraligowej. Kibice oglądający rzekomo najlepsze rozgrywki na świecie, mają chyba prawo oczekiwać wysokiej jakości. Poziom rozgrywek na pewno podnieśliby tacy młodzieżowcy, jak Jan Kvech, Francis Gusts, Norick Bloedorn, Mathias Pollestad, Marcus Birkemose, Philipp Hellstroem-Baengs czy nawet Marko Lewiszyn. Żaden z nich jednak nie może tego udowodnić. Pozycje seniorskie, z jakich puszczano Kvecha w Falubazie czy Birkemose w Stali nie są dla nich dobrym rozwiązaniem. 

Dodajmy, że jeśli dany klub chce szkolić własnego juniora, to będzie miał za rok ku temu okazję i niekoniecznie musi się to odbywać w PGE Ekstralidze, na oczach milionów ludzi. W obowiązkowych drużynach rezerw znajdzie się przecież miejsce dla takich żużlowców, dla których niższy poziom rozgrywkowy może być wybawieniem. Nietrudno się bowiem domyślić, że wspomniany Pytlewski, wyjeżdżając do biegu w PGE Ekstralidze, nawet nie wierzy w jakiekolwiek punkty. Chyba że komuś przydarzy się defekt lub upadek. Ale zdaje się, że nie o to w tym chodzi.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje