Reklama

Reklama

Żużel. Najważniejsze walki Tomasza Golloba. Już nie raz zaglądał śmierci w oczy

W poniedziałek Tomasz Gollob trafił do szpitala w poważnym stanie. Zrobiono mu test na COVID-19, wynik okazał się pozytywny. Sytuacja jest o tyle trudna, że żużlowy mistrz świata z racji swoich dolegliwości neurologicznych jest w grupie ryzyka. Plus jest taki, że choroba trafiła na twardziela, który już nie raz wychodził z wielkich opresji. W trakcie kariery ryzykował tak bardzo, że miał nawet spisany w szufladzie testament.

Tomasz Gollob wprowadził żużel na salony, uczynił z niego nasz sport narodowy. Kibice jeździli za nim po całym świecie, a Gollob czarował ich na torze. Z motocyklem potrafił zrobić wszystko. Jednak nawet takiemu wirtuozowi, jakim był, brakowało czasami tej odrobiny szczęścia, jaka jest potrzebna w sporcie tak ekstremalnym, jak żużel. Gdy czterech zawodników rusza ze wspólnego startu ścisk na pierwszym łuku jest tak ogromny, że nie ma gdzie szpilki włożyć. A oni jeszcze walczą między sobą na łokcie, popychają się, bo każdy z nich chce wygrać. 

Reklama

Gollob nie raz fruwał na torze, trafiał do szpitala wiele razy, aż w końcu usłyszał od opiekującego się nim profesora Marka Harata: - "Nie mam już dla ciebie części zamiennych Tomku". On jednak dalej ryzykował, bo nie potrafił żyć bez adrenaliny, jaką daje jazda na motocyklu. Wszystko skończyło się, gdy przytrafił mu się fatalny wypadek na motocrossie (kwiecień 2017), po którym uszkodził rdzeń i stracił czucie od linii klatki piersiowej w dół. Jego psychika już uporała się z nową sytuacją, ciało czasami odmawia posłuszeństwa. Teraz walczy z koronawirusem. 

 Po pierwszej kraksie musiał schować szampana do barku 

Pierwszy raz zajrzał śmierci w oczy w 1999 roku. To był szczytowy okres Gollobomanii. Od początku sezonu prezentował się fantastycznie, jechał o złoto. W rundzie Grand Prix we Wrocławiu tak zaszachował Jimmyego Nilsena w finale (z każdym okrążeniem skracał dystans, by minąć Szweda na ostatniej prostej, wcześniej odbijając się od bandy), że publiczność oszalała, a rozentuzjazmowany Zbigniew Boniek, legenda piłki i wielki fan żużla, padł przed nim na kolana. 

Z każdym kolejnym turniejem było jednak coraz gorzej. - To był czas, kiedy nie potrafiłem ustalić sobie priorytetów - wyjaśniał nam w jednym z wywiadów. - Byłem mocno zmęczony jazdą, ale nie odpuszczałem żadnych zawodów. Przed ostatnią rundą Grand Prix pojechałem na finał Złotego Kasku we Wrocławiu. No i przeleciałem przez bandę, uderzając po drodze w słupek. 

Wypadek wyglądał makabrycznie, a Gollobowi bardzo długo siedział on w głowie. W kolejnych latach pokazywał go na różnych spotkaniach ze sponsorami. Było widać, że to było coś, co odcisnęło na nim piętno. Długo zbierał się po tamtym locie. Potrzebował czasu, żeby zrozumieć, co się stało i gdzie w ogóle jest. Lekarze musieli mu amputować koniuszek palca. Nie nadawał się do rywalizacji o złoto, ale przyjaciele zorganizowali mu prywatny samolot, medycy zrobili specjalną nakładkę na palec i pojechał. Walczył jednak nie tyle z rywalami, ile z samym sobą. To cud, że w finałowej rundzie w Vojens w ogóle pojechał, bo w każdym biegu zsuwał się z motocykla. Szampana Dom Perignion Rose, którego zabrał wówczas, żeby świętować sukces, ostatecznie nie otworzył. 

Po drugim wypadku stwierdził, że do końca życia będzie jeździł mercedesem

Drugie spotkanie ze śmiercią miał w 2020 roku. Nie na torze żużlowym, ale na drodze pod Pniewami. Jechał z silnikami do niemieckiego mechanika Hansa Zierka. - Spałem, obudził mnie potworny huk - pisał Gollob w książce "Testament Diabła". - Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem ciężarówkę, która próbuje hamować, ale łapie poślizg i leci prosto na nas. Ostatecznie tir tylko się otarł, ale w kraksie brał udział jeszcze samochód osobowy, który wbił się w mój wóz. Widok był niesamowity, z aut zrobiła się wielka kula. Samochód poszedł do kasacji, a ja straciłem sezon w Grand Prix. 

Po tamtym wypadku dziękował Bogu i Mercedesowi. Mówił, że dostał znak. Wtedy też podjął decyzję, że nie zamieni tej marki na żadną inną. Pierwszego kupił, bo takim samym jeździł jego idol Duńczyk Hans Nielsen. Potem zmieniał tylko modele. W momencie kraksy miał wóz ze wzmacnianymi ramami i to go uratowało. 

Wątek kraksy pod Pniewami byłby niepełny, gdybyśmy nie dodali, że lekarze z karetek, które błyskawicznie pojawiły się na miejscu zastały pobojowisko i Golloba przechadzającego się z telefonem komórkowym przy uchu. Dzwonił do Zierka, żeby przekazać, że jednak nie dojedzie. Powiadomił też o wypadku rodziców. Obojczyk miał złamany w trzech miejscach, ale tak był zaaferowany załatwianiem spraw, że nie czuł bólu. 

Samolot był roztrzaskany w drobny mak, ale nie złamał żadnej kości 

Tym lotem żużlowa Polska żyła bardzo długo. Kiedy ukazała się informacja, że awionetka typu Morane pilotowana przez Władysława Golloba, z jego synem Tomaszem na pokładzie, spadła na drzewa niedaleko lotniska w Tarnowie, to wszyscy kibice wstrzymali oddech. Zwłaszcza że patrząc na zdjęcia z wypadku pytanie: czy ktoś przeżył, wydawało się jak najbardziej zasadne. Samolot był roztrzaskany w drobny mak. - Bóg dał nam drugie życie - tak komentował po czasie tamto zdarzenie Tomasz. O tym, że to było jego trzecie spotkanie ze śmiercią, też nie raz wspomniał. 

Lecieli na mecz do Tarnowa. Kiedy tata Władysław podchodził do lądowania raz i drugi, Tomasz czuł, że dzieje się coś złego. - To było dziwne, bo lecący z nami Rune Holta pstrykał zdjęcia, a ja w chwili słabości to miałem ochotę wyskoczyć z kokpitu. Popatrzyłem jednak na tatę, widziałem, jak walczy z drążkami i trzymałem za niego kciuki, ale w końcu urwał mi się film. Kiedy się ocknąłem, czułem się, jakby walec po mnie przejechał. Nie miałem jednak złamań. Gorzej było z tatą. Lekarze walczyli o jego życie, bo miał uszkodzoną tętnicę i dwa poważne złamania. Modliłem się, żeby nic mu się nie stało. 

Mrugał oczami, żeby wiedzieli, że żyje, że wrócił 

Moment, kiedy Gollob leci niczym szmaciana lalka po żużlowym torze, powodował, że każdy z oglądających odruchowo łapał się za głowę. To była runda Grand Prix w Sztokholmie. Gollob jechał przed Taiem Woffindenem, kiedy ten uderzył niespodziewanie w jego motocykl. - Przytomność odzyskałem dopiero w karetce, kilka minut po kraksie. Nie mogłem jednak mówić, tylko mrugałem oczami, żeby wiedzieli, że żyję, że jestem. Wstrząs mózgu był jednak tak silny, że jeszcze długo nie kontaktowałem - pisał Gollob o tamtym przykrym zdarzeniu w swojej książce. 

Zaraz po wypadku rozdzwonił się jego telefon. Słyszał dźwięk dzwonka wygrywający piosenkę "I Believe I Can Fly", ale nie odbierał, nie miał siły. - Czułem się tak, jakby ktoś wlał mi do głowy ołów. W szpitalu dostałem silne leki, po których wymiotowałem. Poza wstrząśnieniem miałem uszkodzony siódmy krąg i jakieś zmiany w układzie kostnym. Ten pykający telefon dodawał mi wtedy otuchy, czułem, że ludzie są ze mną - mówił o kraksie, którą w tamtym czasie klasyfikował, jako największy "dzwon" w swojej karierze. 

- Długo się zbierałem, żeby obejrzeć ten wypadek, a kiedy już to zrobiłem, to aż syknąłem z bólu. Zresztą wtedy bardzo długo czułem się tak, jakby ktoś zbił mnie grubym kijem. Z tamtego okresu pozostały mi dodatkowa pamiątka w postaci rachunku opiewającego na równowartość 100 tysięcy złotych za leczenie w szwedzkiej klinice. Dobrze, że ten rachunek dostałem, jak już wychodziłem na prostą po dodatkowym leczeniu w Polsce - zauważył. 

Od kwietnia 2017 (wtedy miał miejsce wypadek na crossie, w którym złamał kręgosłup) życie Golloba to jest już nieustanna walka o zdrowie. Przykuty do łóżka i do wózka, doświadczany bólami spastycznymi, musi przyjmować sporo leków, by normalnie funkcjonować. Regularnie jest gościem szpitala w Bydgoszczy. Wciąż jednak ma nadzieję, że jeszcze kiedyś wydobrzeje, że stanie na nogi. Marzy o leczeniu w Stanach. Zanim jednak tam poleci musi wygrać walkę z koronawirusem.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama