Reklama

Reklama

Żużel musi bardzo dbać o wizerunek. Dyscyplina jest uzależniona od zamożnych ludzi

O ile kiedyś jeżdżenie bez dużych, solidnie zasilających budżet sponsorów było zarówno dla klubu, jak i dla pojedynczego zawodnika normą, o tyle w obecnych czasach jest to nierealne. Szczęście speedwaya polega na tym, że wielu bogatych i hojnych ludzi bardzo się nim interesuje i nie mają problemów z wyłożeniem własnych pieniędzy, bo wspomóc kogoś w realizacji jego marzeń. Oby tylko liczne wtopy wizerunkowe nie odstraszały sponsorów.

Wydatki, jakie muszą ponieść profesjonalni żużlowcy, są w ogóle nieporównywalne do jakichkolwiek innych dyscyplin. Ktoś powie: no a Formuła 1? Tylko że tam, wszystko funduje im team, w którym startują. Bartosz Zmarzlik i Janusz Kołodziej mówili kiedyś, że silnik, na którym będą w stanie jechać na swoim poziomie to koszt co najmniej 60-70 tysięcy złotych. Takich jednostek trzeba mieć co najmniej kilka. Silniki, to studnia bez dna. Dalszych wydatków chyba nie ma sensu liczyć. Obaj wspominali, że ich budżet na sezon to milion, bo bez tego nie ma szans. Pieniądze ogromne, w wielu dyscyplinach nie do pomyślenia.

Reklama

Nawet gwiazdy PGE Ekstraligi zarabiające 8-9 tysięcy za punkt, nie byłyby w stanie pokryć kosztów eksploatacji i zakupu sprzętu. To znaczy, może byłyby, ale wówczas jazda byłaby kompletnie bez sensu, bo zarabialiby po to, by mieć na sprzęt. Błędne koło, w które niestety wpada wielu żużlowców z niższej półki. Jeżdżą, by zarobić, zarabiają, by jeździć. Nie mają tylu sponsorów co najlepsi, a czasem nie mają ich wcale. Wiadomo, że jak ktoś ma dać kasę, to woli być eksponowany na podium w GP, a nie na szesnastym miejscu w Nice Cup. Choć są i tacy darczyńcy, którzy wspierają początkujących, jeszcze nawet niepotrafiących dobrze jeździć zawodników.

Jak wyobrazimy sobie Bartosza Zmarzlika bez firmy Maszoński, Macieja Janowskiego bez Red Bulla czy cykl Grand Prix bez Monstera, to prawdopodobnie dojdziemy do wniosku, że ich obecność w żużlu podtrzymuje jego egzystencję. Zapewne żadna z drużyn, nie tylko ekstraligowych, nie byłaby w stani związać końca z końcem, gdyby nie strategiczni sponsorzy tak jak Fogo w Lesznie czy DPV i ZOOleszcz w Grudziądzu. Sponsor kładzie naprawdę duże pieniądze, ale przy tak znanym klubie i ekspozycji już w samej nazwie klubu, jego rozpoznawalność znacząco rośnie.

Niestety patrząc na niemałą ilość wtop wizerunkowych, jakie żużel regularnie zalicza, możemy być wdzięczni sponsorom, że jeszcze im się nie odechciało. Zawodnicy płaczący na tor i podważający decyzję sędziego, żużlowiec kopiący kamerzystę czy absurdalne regulaminy. Z pewnością niejeden sponsor już zawahał się, czy warto nadal w to wchodzić. Dla wielu żużel jest już elementem codzienności w ich firmie, tak jak na przykład bracia Garcarek, którzy wspierają ostrowski klub i wielu pojedynczych zawodników, Zmarzlika czy Tomasza Gapińskiego. Zdaje się, że mało co będzie w stanie zniechęcić ich do dawania kasy na ten sport.

Łatwo też wysnuć opinię, że wobec takich kosztów, żużel jest od tych ludzi po prostu uzależniony. Nie będzie ich, nie będzie dyscypliny. Miejmy też na uwadze, że pomagając słabemu zawodnikowi, de facto bawią się w filantropię. Nie mają pewności, czy dany żużlowiec w ogóle kiedyś zaistnieje, a dodatkowo zawody, w jakich jeździ, nie zapewniają im zbyt szerokiej promocji. Robią to jednak, bo mają taką potrzebę i chcą pomóc komuś spełnić marzenia, po tym jak własne już spełnili. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL