Reklama

Reklama

​Żużel. Motor napisze złoty rozdział? Tak blisko jeszcze nie byli

Tylko jeden jedyny raz w historii lubelscy kibice widzieli swoich żużlowców dekorowanych medalami drużynowych mistrzostw Polski. Dokładnie 30 lat temu, w sezonie 1991, srebrne krążki zawisły na szyjach żużlowców miejscowego Motoru. Teraz podopieczni Macieja Kuciapy i Jacka Ziółkowskiego mają szansę poprawić ten wyczyn.

Motor przez dekady nie rozpieszczał swoich kibiców. Jedynymi sukcesami były awanse do I ligi w sezonach 1976 i 1982, ale przygoda najwyższą klasą rozgrywkową kończyła się szybkimi spadkami. Dopiero po awansie w sezonie 1989 udało się lublinianom zagościć w I lidze na dłużej.

Nielsen wszystko zmienił

Wszystko dzięki temu, że lubelscy działacze postanowili zaryzykować. Zrobili coś, na co wcześniej nie zdecydował się żaden inny klub w Polsce, zakontraktowali trzykrotnego już wówczas indywidualnego mistrza świata - Hansa Nielsena. Duńczyk pojechał w sezonie 1990 tylko w czterech meczach (wszystkich domowych) z: ROW-em Rybnik (50:40), Stalą Gorzów (72:17), Unia Leszno (45:45) i w rundzie finałowej ze Stalą Rzeszów (64:26). To jednak wystarczyło. Wykręcił w nich średnią 2,8 pkt/bieg, a lublinianie w spotkaniach tych wywalczyli 7 punktów (w sumie w całym sezonie uzbierali 11) i pewnie na 5. miejscu utrzymali się w lidze, w czym spora zasługa też drugiego zawodnika zagranicznego lublinian - Antonina Kaspera 2,157 pkt/bieg.

Reklama

Pojawienie się słynnego Duńczyka wywołało takie zainteresowanie kibiców i mediów, że lubelscy działacze postanowili pójść za ciosem i w kolejnym roku znaleźli pieniądze na więcej występów Nielsena, a dodatkowo wzmocnili zespół zamieniając trzeciego ze swoich obcokrajowców - Larsa Henrika Joergesena (w 10 meczach sezonu 1990 mógł pochwalić się średnią na poziomie ledwie 1,583 pkt/bieg) wschodzącą australijską gwiazdą, ledwie 20-letnim wówczas Leighem Adamsem.

Zlali najbogatszych

W pierwszym meczu sezonu 1991 lublinianie, w krajowym składzie wzmocnionym tylko Kasperem, przegrali na wyjeździe z Apatorem Toruń 38:52, ale już inauguracja rozgrywek w Lublinie pokazała wszystkim, że z Motorem trzeba będzie się liczyć. Do Lublina przyjechał wówczas najbogatszy zespół w Polsce, Falubaz Zielona Góra, przemianowany na Morawski, którego właściciel głośno mówił wówczas, że interesuje go drużynowe mistrzostwo Polski. Faworytów spotkał jednak "zimny prysznic", bo gospodarze zlali ich okrutnie - 61:29, a "pierwsze skrzypce" w Motorze grali: Adams (15 punktów), Nielsen (13) i Marek Kępa (12+2).

Morawski - 49. wówczas człowiek na liście najbogatszych Polaków (według tygodnika "Wprost") nie zrobił za to swoim żużlowcom awantury. - Wtedy wyszedł profesjonalizm prezesa. Nie zrobił tragedii z tego do się stało. Zamiast od razu rzucać karami, wysłuchał co się stało i omówiliśmy wspólnie co można polepszyć. Miał świadomość, której brakowało kibicom. To, że ubrano nas w ładne ciuchy i kupiono nowe motocykle nie sprawiło przecież, że od razu staliśmy się mistrzami świata - wspominał po latach ówczesny zawodnik Morawskiego, Sławomir Dudek.

Właściciel zielonogórskiego klubu nie panikował, bo w trakcie sezonu większy budżet sprawił, że jego drużyna szybko zdystansowała Motor.

Zabrakło "profesora"

Lublinianom udało się na własnym torze zbudować "twierdzę. Wygrali u siebie wszystkie 7 meczów, ale starczyło do tylko do srebra, bo w wyjazdów udało im się przywieźć jedynie 4 "oczka". Motor wygrał na torach żegnających się wówczas z najwyższą klasą rozgrywkową klubów z Rybnika i Leszna. W pozostałych nie zapunktował.

Do złota być może udałoby się zbliżyć, gdyby we wszystkich wyjazdowych spotkaniach wystąpił Hans Nielsen. Duńczyk w tamtym sezonie odjechał sześć domowych spotkań, ale pomógł swej drużynie tylko w trzech meczach wyjazdowych w: Lesznie, Gorzowie i Bydgoszczy. Co ciekawe pojechał w nich genialne, na miano swojego przydomka - "Profesora z Oxfordu", zdobywając dwa razy po 18 punktów i raz 17+bonus!

Zabrakło go m.in. w kluczowym dla układu tabeli meczu w Zielonej Górze. Motor wspierany tylko przez Leigha Adamsa (10+2) przegrał 36:54 i mógł zapomnieć o złocie. Wówczas bowiem rozgrywki zakończyły się po fazie zasadniczej i play-off nie rozgrywano. Ostatecznie Morawski wygrał ligę z dorobkiem 21 punktów w tabeli, Motor z 9 wygranymi i pięcioma przegranymi na koncie, uzbierał ich 18. Brązowe medale przypadły żużlowcom Apatora Toruń (16 "oczek").

Historia nie zawsze musi się powtórzyć

Srebrne medale w barwach Motoru zdobyli wówczas: Hans Nielsen, Dariusz Stenka, Leigh Adams, Antonin Kasper, Marek Kępa, Jerzy Mordel, Dariusz Śledź, Jerzy Głogowski, Marek Muszyński, Robert Jucha, Tomasz Pawelec, Robert Birski i Marek Iwaniec. Czy tegoroczna drużyna pokusi się o coś więcej?

Patrząc na historię Motoru sprzed trzydziestu lat i tę obecną, można się doszukać wielu analogii. Po pierwsze - lublinianie w tym roku też zbudowali "twierdzę" i wygrali wszystkie domowe mecze. Po drugie - na początku rozgrywek też "złoili" wielkich faworytów rozgrywek - Betard Spartę Wrocław (52:38) i po trzecie - też mają w składzie lidera, który ich odmienił. Tak bowiem jak w 1990 roku przyjście Hansa Nielsena pozwoliło drużynie zadomowić się w I lidze, tak zaskakujący transfer Grigorija Łaguty przed sezonem 2019 pozwolił skazywanym na spadek lublinianom, utrzymać się w PGE Ekstralidze i rozpocząć budowę drużyny na medal.

Czwarta analogia miała być taka, że największego gwiazdora zabraknie w kluczowych meczach. Niebiosa sprzyjały jednak lublinianom i pierwszy mecz finałowy z Betard Spartą Wrocław przełożono z niedzieli na dziś. To dało Grigorijowi Łagucie dodatkowe dni na wypoczynek po koszmarnej kraksie w półfinałowym spotkaniu z Moje Bermudy Stalą Gorzów. Rosjanin czuje się już dobrze i chce pomóc kolegom na torze. Jeśli dostanie "zielone światło" od lekarzy, nic nie będzie stało na przeszkodzie by napisać nowy rozdział w historii lubelskiego żużla. Złoty rozdział! Tak blisko żużlowego mistrzostwa Polski Lublin nie był jeszcze nigdy. Wystarczy podtrzymać niepokonaną passę na własnym torze, a w najbliższą niedzielę obronić wypracowaną przewagę we Wrocławiu. Faworytami są rywale, ale w końcu nie zawsze historia musi się powtarzać. 



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje