Reklama

Reklama

Żużel. Motor Lublin. Z drugiej ligi na fotel lidera

Gdyby na początku 2017 roku ktoś powiedział, że cztery lata później Motor będzie liderem PGE Ekstraligi, zostałby wyśmiany. Klub pod wodzą Jakuba Kępy wybrał się jednak w ekspresową drogę z dna na szczyt i rok po roku piął się coraz wyżej. Drugą i pierwszą ligę wciągnęli nosem, w PGE Ekstralidze musieli mieć chwilę na ugruntowanie pozycji. Teraz mogą realnie zawalczyć o medal, ze złotem włącznie.

Motor na arenie krajowej był zawsze ośrodkiem znanym i utytułowanym. Jeździło tam wielu żużlowców klasy światowej. Dość powiedzieć, że to właśnie w Lublinie karierę w lidze polskiej rozpoczął Hans Nielsen. Zresztą jego przyjazd do miasta był dla miejscowych niczym powitanie papieża. Po kilku latach Duńczyk odszedł z klubu, a ten stopniowo tracił na poziomie sportowym. W połowie lat dziewięćdziesiątych znowu wylądował na zapleczu. Od tego czasu w zasadzie było tylko gorzej. Lublin nie był już kojarzony z elitą, tylko z tułaniem się po niższych klasach. Na początku XXI wieku po dawnych wielkich nazwiskach w składzie nie było już śladu. Zmieniały się też nazwy klubu, bo był Motor, LKŻ, TŻ czy później Lubelski Węgiel KMŻ. 

Reklama

Ten ostatni 20 stycznia 2016 roku ogłosił upadłość. Wydawało się, że przez dłuższy czas nic pozytywnego lubelskiemu żużlowi nie grozi. Przy Alejach Zygmuntowskich zaległa cisza i niewiele było przesłanek świadczących o tym, by cokolwiek mogło się zmienić. Wtedy jednak pojawiła się grup ludzi chcących zrobić coś wielkiego. Na jej czele stał Jakub Kępa, syn byłej legendy Motoru. Założono nowe stowarzyszenie i nadano mu nazwę Speedway Lublin. Do ligi w 2017 roku zgłoszono zespół pod nazwą Motor Lublin. Do nowego tworu podchodzono ostrożnie, bowiem żużel zna mnóstwo przypadków porywania się z motyką na słońce, czytaj: wielkich planów i jeszcze większych rozczarowań.



Autostrada do ekstraligi

Drużyna Motoru na sezon 2017 była złożona z takich nazwisk, jak Robert Lambert, Daniel Jeleniewski, Oskar Bober, Bjarne Pedersen czy Paweł Miesiąc. Swoje dorzucili też Stanisław Burza i Maciej Kuciapa, obecny trener drużyny. Postanowiono stworzyć mieszankę żużlowców uznawanych za nadzieje żużla i starych, doświadczonych wyjadaczy. To poskutkowało, bo choć drużyna przegrała finałową batalię ze Startem Gniezno, to w barażu rozbiła pierwszoligową Stal Rzeszów, ośmieszając przy okazji Janusza Stachyrę, który przed dwumeczem był spokojny, twierdząc że pomiędzy tymi klasami rozgrywkowymi jest przepaść. Wyczyn Motoru robił wrażenie, ale podchodzono do niego na spokojnie. Mówiło się, że w pierwszej lidze już tak łatwo nie będzie.

Nic bardziej mylnego. 2018 rok to znowu sukces lubelskiej drużyny, tym razem o wiele bardziej niespodziewany. Ekipa przeszła mały remont, bo w barwach Motoru ujrzeliśmy takich żużlowców, jak Andreas Jonsson, Wiktor Lampart czy Joel Kling. Przez długi czas dominowała w lidze do tego stopnia, że awans wydawał się formalnością. Pod koniec przytrafiła się mała zadyszka i turbulencje pozasportowe (alkoholowa wpadka Oskara Bobera), ale niczego to nie zmieniło, bo Kępa i spółka zachowali zimną krew i profesjonalizm. Po finałowej bitwie z ROW-em Rybnik i odrobieniu 14 punktów straty z pierwszego meczu, niemożliwe stało się możliwe. Po 24 latach ekstraliga znowu dla Lublina.

Nielubiany, ale szanowany

Prezes Jakub Kępa należy do najmłodszych osób pełniących tę funkcję w całej PGE Ekstralidze. Ma dość specyficzne metody działania, przez co nie za bardzo lubią go inni prezesi. Potrafi podbijać stawki, zdarza mu się podkupić rywalom zawodnika. Wystarczy wspomnieć początek roku 2019, kiedy to w sensacyjnych okolicznościach do Lublina trafił Grigorij Łaguta, wracający do sportu po dopingowej wpadce. Rosjanin miał jeździć dla ROW-u, ale ostatecznie nie zgodził się na warunki, jakie zaproponował mu Krzysztof Mrozek. Zamieszanie wykorzystał Kępa i ściągnął Łagutę do siebie, a ten odpłacił się dobrymi wynikami. W krótkim czasie drugi raz Kępa zagrał Mrozkowi na nosie. Wiele osób w środowisku pana Jakuba niespecjalnie lubi, ale niemal wszyscy go szanują.

Choć Kępa słynie ze spektakularnych transferów, potrafi przy tym zachować chłodną głowę. Tak było na przykład w 2019 roku, kiedy to blisko Motoru był Jason Doyle, ale ostatecznie do Lublina nie trafił. - Chcę budować drużynę na dwa, trzy lata. Zawodnicy mają mocniej utożsamiać się z Lublinem i rozumieć się miedzy sobą. Nie interesuje mnie wymienianie żużlowców co roku. Mam po prostu inną wizję. Na pewno będziemy rozmawiać także z innymi zawodnikami. Nie potrafię jednak powiedzieć, jak to się zakończy. Jason Doyle to byłoby wzmocnienie dla większości zespołów, ale nie stawiajmy sprawy w ten sposób, że to jedyna opcja dla Motoru - mówił dla WP, czym udowodnił, że mimo młodego jak na prezesa wieku, działa ze sporą rozwagą.

Iść za ciosem

Pod wodzą Kępy Motor Lublin przeszedł drogę od zera na sam szczyt. Cztery lata temu nikt by nie uwierzył, że budowany przez paru zapaleńców klub będzie w stanie w stosunkowo krótkim czasie zostać najlepszą drużyną w Polsce. Obecnie w Lublinie jeżdżą sławy żużla w Polsce i na świecie, a zespół jest traktowany na równi z hegemonami ostatnich lat, takimi jak Leszno, Wrocław czy Częstochowa. Motor oparty o Łagutę, Michelsena, Hampela czy Kuberę, posiadający świetną parę juniorską Lampart-Cierniak, naprawdę może dokonać rzeczy niebywałej. A taką byłoby zdobycie złota DMP przez zespół, którego w 2016 roku nie było na żużlowej mapie kraju.

Jedyną rzeczą, która może Motorowi realnie przeszkodzić w walce o złoto, może być postawa Krzysztofa Buczkowskiego. Grudziądzanin notuje kolejny słaby sezon, a żeby być najlepszym w PGE Ekstralidze, trzeba mieć równy zespół. Nie wszystkie braki Buczkowskiego będą w stanie uzupełnić skutecznie jadący juniorzy. Tak czy inaczej, możemy być świadkami wielkiej historii. Nawet jeśli Motor złota nie wywalczy, śmiało można stwierdzić, że to rodzaj pięknego snu, który w Lublinie nie ma końca.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź





Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje