Reklama

Reklama

Żużel. Mistrzowie XXI wieku. Tak w Lesznie stworzyli potwora. Fogo Unia w żużlu znaczy tyle, co Bayern Monachium w piłce nożnej

Cztery ostatnie sezony PGE Ekstraligi należały do Fogo Unii Leszno. Rywale się zbroili, płacili zawodnikom miliony, a na końcu i tak Drużynowym Mistrzem Polski zostawali żużlowcy Unii. Hasło "bij mistrza" obowiązuje od dawna, ale od 2017 roku nikt nie znalazł recepty na pokonanie drużyny Piotra Barona. Tak o to w Lesznie powstał prawdziwy potwór polskiego żużla.

Leszczyńscy działacze od zawsze mieli swoje specyficzne podejście do budowy drużyny. W klubie raczej stronili od płacenia grubych milionów za gwiazdy. Oczywiście, jeśli jest ktoś taki jak Emil Sajfutdinow, o którym marzy prawie każdy działacz, albo świetny wychowanek Piotr Pawlicki, to wielka kasa zawsze się znajdzie. Ale wszystko dzieje się z głową. Nie ma równych i równiejszych, a zawodnicy dobierani są naprawdę z wyczuciem i rozsądkiem. W 2017 roku do drużyny przyszedł Janusz Kołodziej, który jest pupilem Józefa Dworakowskiego. Od tego czasu za każdym razem w finałach robił przysłowiową różnicę. Dziś traktowany jest jak wychowanek.

Reklama

Jest też wspomniany Sajfutdinow, którego prezes Rusiecki skutecznie zatrzymuje w klubie, mimo że ten na brak lukratywnych ofert nie narzeka. Rosjanin jest synonimem skuteczności i równości. Żywą ikoną Unii staje się też Pawlicki. Od razu zaznaczmy, że wcale nie tak prosto zatrzymać w zespole takiego zawodnika jak on. Klan Pawlickich od zawsze słynął przecież z twardych negocjacji, a mimo to (nie licząc drobnych zgrzytów) współpracę udaje się utrzymać na wysokim poziomie. Można by tak dalej wyliczać, aż doszlibyśmy do szukania młodych i zdolnych Australijczyków, którzy mieszkają w domu prezesa Rusieckiego.

Kilka na pozór drobnych elementów składa się na potężny fundament, który jest nie do skruszenia dla innych klubów. Były żużlowy działacz Rufin Sokołowski powiedział kiedyś, że sekret sukcesu Fogo Unii tkwi w tym, że rywalem zamiast osłabiać mistrza, kupują innych zawodników. I o ile sami zwiększają swoją wartość sportową drużyny, o tyle to ciągle za mało na machinę sterowaną przez Piotra Barona. Można by podpisać się pod tymi słowami. Zwróćmy uwagę, że od sezonu 2017 w drużynie leszczyńskiej dochodziło do zmian. Były one jednak kosmetyczne, jak na przykład wymiana pokoleniowa juniorów, czy pozbycie się najsłabszego ogniwa. Nie było niepotrzebnych rewolucji. Takie podejście działa perfekcyjnie.



Przy okazji rywale w ostatnich czterech latach mogli się nabawić sporych kompleksów. W ostatnim czasie najmocniej zdetronizować Fogo Unię próbuje Betard Sparta Wrocław, ale ciągle nieskutecznie. Są już nawet tacy, którzy mówią, że ta sztuka nie uda się także w 2021 roku. Leszczynianie stracili świetnych wychowanków (Kubera i Smektała), ale mądre ruchy na transferowej giełdzie (transfer Doyle'a) wydają się wszystko rekompensować.

Kiedyś, gdy na fali była piłkarska FC Barcelona, w środowisku żużlowym mówiło się, że Fogo Unia to taki odpowiednik katalońskiego dream-teamu. Teraz moglibyśmy ich porównać do Bayernu Monachium. Nawet styl zarządzania klubem jest bliźniaczo podobno. Prezesi Rusiecki i Dworakowski raczej unikają splendoru, działają w zaciszu gabinetów i nie przepłacają. Czekają na okazje i maj nos do zawodników. Tak buduje się żużlową potęgę.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Dowiedz się więcej na temat: żużel | fogo unia leszno | PGE Ekstraliga

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje