Reklama

Reklama

Żużel. Mistrzowie XXI wieku. O tym jak Unia Leszno wygrała los na loterii zamykając drzwi klubu przed Krzysztofem Kasprzakiem

W 2010 roku Unia Leszno stanowiła machinę nie do zatrzymania. Drużyna Romana Jankowskiego wcale nie miała największych armat w lidze, ale niemal wszyscy zawodnicy trafili z formą i nie dali szans rywalom. Sezon życia miał Janusz Kołodziej, wicemistrzem świata został Jarosław Hampel, a z żużlem żegnał się Leigh Adams.

Choć Unia Leszno od lat nie ma sobie równych w PGE Ekstralidze, to tamtejsi kibice pewnie bez żadnego grymaszenia wróciliby się do roku 2010 i mistrzowskiego sezonu. To był jeden z najbardziej udanych okresów w historii klubu. Jednak droga do sukcesu wcale nie była taka prosta. Zimą działacze musieli podjąć trudne decyzje. Prezes Józef Dworakowski postanowił podziękować za współpracę Krzysztofowi Kasprzakowi. Niełatwa decyzja, bo to przecież wychowanek i zawodnik mocno związany z klubem. Działacz miał jednak nosa, bo bez żalu oddał Kasprzaka do Unii Tarnów, a w zamian wziął Janusza Kołodzieja. Wtedy jeszcze chyba nikt nie spodziewał się, jak dobrze drużyna z Leszna wyjdzie na tej wymianie.

Reklama

Sęk bowiem w tym, że Kołodziej miał sezon życia. Gdzie nie pojechał, tam ocierał się o komplety. Kasprzak z kolei cieniował i w Tarnowie szybko narobił sobie wrogów wśród kibiców. Pierwszy mału sukces Unia odniosła więc już zimą. Zresztą zostając jeszcze przy Kołodzieju wspomnijmy, że wspólnie z Damianem Balińskim stworzył niezwykle skuteczną i błyskotliwą parę na torze. Obaj rozumieli się bez słów. Poza torem połączyła ich zresztą przyjaźń.

W każdym razie Unia miała silnego Kołodzieja, wicemistrza świata Jarosława Hampela, a na dokładkę Leigh Adamsa. Australijczyk zaplanował, że sezon 2010 będzie jego ostatnim. Żadnej fuszerki z jego strony jednak nie było. Pojechał świetne rozgrywki i z podniesioną głową pożegnał się z Unią Leszno. Takie trio było wielkim skarbem dla trenera Romana Jankowskiego. Do tego dorzućmy Troy'a Batchelora, Adama Shieldsa oraz juniorów - Juricę Pavlica oraz Sławomira Musielaka.

Można by powiedzieć, że Unia przejechała się po ligowych rywalach niczym walec. W tamtym sezonie żadna drużyna nie lubiła przyjeżdżać do Leszna. Trener Jankowski szykował trudny i przyczepny tor, na którym jego zawodnicy czuli się niczym ryba w wodzie. Problem mieli rywale, a efekt tego był taki, że leszczynianie w całym sezonie nie przegrali u siebie meczu. Dość powiedzieć, że ich przeciwnikom w rundzie zasadniczej udało się zdobyć najwięcej... 32 punkty! W dzisiejszych czasach wręcz niebywałe.

Potwierdzeniem dominacji były też play-offy, gdzie Unia tylko postawiła kropkę nad "i". W finale spotkała się z silnym Falubazem z Gregiem Hancockiem, Piotrem Protasiewiczem i Fredrikiem Lindgrenem na czele. O żadnej niespodziance nie było jednak mowy. A po sezonie prezes Józef Dworakowski miał spore powody do świętowania. Trafił z transferami, Kołodziej szybko zaklimatyzował się w Lesznie, a Leigh Adams pożegnany został z największymi honorami.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Dowiedz się więcej na temat: żużel | Unia Leszno | Józef Dworakowski | Janusz Kołodziej | Leigh Adams

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje