Reklama

Reklama

Żużel. Michał Finfa: Na ścianie wschodniej jest miejsce na dobry klub. Mogła Asseco Resovia, mogą Cellfast Wilki (wywiad)

- Na ścianie wschodniej można zbudować dobry klub. Dowód to Asseco Resovia, której siatkarze grali w Champions League. Wilki mają zabezpieczone finanse na sezon 2021, muszą się jeszcze utrzymać, ugruntować swoją pozycję, zbudować markę, a potem zobaczymy – mówi Michał Finfa, nowy menedżer Cellfast Wilków.

Dariusz Ostafiński, Interia: Zamienił pan ekstraligowego Włókniarza na pierwszoligowe Wilki. To wygląda, jak degradacja.

Reklama

 Michał Finfa, nowy menedżer Cellfast Wilków Krosno: Patrzę perspektywicznie na to, co dzieje się w sporcie żużlowym w mieście, w którym się urodziłem. Przychodzę z nadzieję na ugruntowanie pozycji w pierwszej lidze. Poza tym w Wilkach będę miał więcej do powiedzenia. Będę dyrektorem zarządzającym i menedżerem.

Czyli chodziło o władzę?

- Nie jestem pazerny na władzę, ale swoboda zarządzania stanowiła dla mnie wartość dodaną. Na dokładkę będę to wszystko miał w moim rodzinnym mieście, gdzie jest teraz boom na żużel.

Powiedział pan, że patrzy perspektywicznie. To przed Włókniarzem nie ma perspektyw?

- Mówiąc to, miałem na myśli wyłącznie Wilki. Włókniarz zawsze będzie w PGE Ekstralidze. A już na pewno w najbliższych sezonach nic złego się tam nie stanie. Jednak nie uważam tej zmiany za degradację. eWinner 1. Liga jest również wartościowa. Też jest pokazywana w telewizji, ma niezłą oglądalność, a ja, jak już mówiłem, będę odpowiedzialny za więcej, zatem uważam, że zrobiłem krok do przodu.

Kiedy właściwie zapadła ta decyzja. Myślę, że możemy zdradzić, że na początku grudnia dzwoniłem do pana i pytałem, czy to prawda, że odchodzi pan z Włókniarza i bierze kurs na Krosno.

- Szala przechyliła się w połowie grudnia.

Prezes Michał Świącik pana czymś zdenerwował, jak kiedyś Marka Cieślaka?

- Nie, nic z tych rzeczy. Odbyłem parę rozmów z innymi osobami i uznałem, że najwyższy czas wracać do korzeni. Szczegóły zostawię jednak dla siebie.

Czyli we Włókniarzu nic złego pana nie spotkało?

- Nie. To ktoś w Wilkach mnie przekonał, że jest wizja rozwoju żużla w tym mieście, że jest odpowiedni moment, by do tego dołączyć.

Czy pani Marta Półtorak była wśród osób, które namawiały pana na powrót do Krosna?

- Nie, pani Marta nie odegrała żadnej roli w tej kwestii. Prezes Leśniak przedstawił strategię funkcjonowania klubu przez kilka najbliższych lat, po analizie wiem że to wszystko będzie dobrze funkcjonować.

Po ilu latach pan wraca?

- 2011 rok był moim ostatnim w Krośnie. Byłem kierownikiem drużyny w sezonach 2009-2011. Potem przyjąłem wyzwanie od Pawła Sadzikowskiego i zostałem menedżerem w Wandzie Kraków. Nie żałuję jednak absolutnie tych dziewięciu lat poza Krosnem. Zebrałem doświadczenia, które teraz zamierzam wykorzystać.

Jak pan był u pana Sadzikowskiego, to chyba wie pan, jak wytłumaczyć: musicie jechać, choć w kasie pusto.

- Mam grubą skórę, więc niczego się nie boję. Jednak akurat z panem Sadzikowskim to nie miałem takich przygód. Trafiłem w Wandzie na te lata, gdy to się rozwijało, gdy nie było kłopotów. Jeszcze w latach 2012-2013 były pytania o zaległości, ale o to pytali się zawodnicy, których już nie było wtedy w klubie. Prezes wtedy wziął na siebie stare zobowiązania. Za moich czasów dobrze liczył budżet, potem coś się zmieniło.

Wygląda na to, że pan ma siódmy zmysł. Czuje pan nadciągającą burzę i zmienia miejsce pracy.

- To się tak tylko złożyło, że na chwilę przed burzą przeniosłem się do Włókniarza. Absolutnie niczego nie przeczuwałem. Szkoda, że w Krakowie wszystko się rozsypało, bo to był fajny ośrodek. Jeszcze na końcówce mojej obecności jakieś inwestycje w infrastrukturę stadionu tam poczyniono. Po prostu żużel w wielkim mieście się nie przebił. Wierzę jednak, że kiedyś wróci.

Tak sobie właśnie pomyślałem, że jakby w Krośnie nie było wyników, to nie będzie pan mógł powiedzieć, to nie moja wina, nie ja ten skład budowałem.

- Myślę, że część odpowiedzialności z pewnością będę mógł wziąć na siebie. Byłem z prezesem Grzegorzem Leśniakiem w kontakcie. Rola beniaminka jest niewdzięczna. Łatwiej awansować niż potem zbudować coś, co daje nadzieję na dobry wynik. Zbudowaliśmy jednak skład w oparciu o nazwiska pierwszoligowe. Myślę, że żaden klub by się ich nie powstydził. Nie wiem też, jak to z tą moją odpowiedzialnością będzie, skoro czytam innych prezesów, a oni mówią, że nie ma zdecydowanego kandydata do spadku, czy do awansu. Ta liga będzie wyrównana.

Ilu pan zawodników polecił?

- Kiedyś o tym rozmawialiśmy. Jeleniewski, Szczepaniak, z nimi miałem kontakt. Zagraniczny duet Ljung, Lebiediew, to też jednak mocna opcja. Szczególnie Lebiediew. Dla mnie to zawodnik ekstraligowy. To przypadki losowe zdecydowały, że on jest teraz w pierwszej lidze. Jak rozmawiałem z prezesem Grzegorzem, to powiedziałem, że powinieneś stanąć na głowie, żeby go mieć. Andrzej jest w sile wieku, może pójść w górę.

Jeszcze jakiś junior by się przydał.

- Są dwaj zawodnicy z eWinner Apatora Toruń i to jest ciekawy pomysł. Ja bym ich nie oceniał przez pryzmat tego, że oni przyszli, bo u siebie byli słabsi od innych. Według mnie są nieodgadnieni. Rydlewskiego widziałem na imprezach młodzieżowych i nie powinien odbiegać od innych. Janik z kolei późno zaczął jeździć, ale może będzie z nim tak, jak z Jasińskim, który szybko się uczy. Mam informację z dobrych źródeł że przez ostatni sezon zrobił kolosalny postęp.

Kibice chcą, żeby Grygolec wrócił.

- Nie chcę tego teraz komentować. Czas pokaże. Warto podkreślić, że Aleksander Grygolec jest wychowankiem Orła Łódź, ale pochodzi z Krosna. Tu zaczynał przygodę, więc ja rozumiem, że kibice chcą, żeby taka osoba zasiliła klub.

We Włókniarzu zdążył pan zamknąć wszystkie sprawy?

- W tym najbardziej gorącym okresie transferowym chorowałem, więc wszystko robiłem zdalnie, ale wszystkie tematy udało się pozamykać. Mogę jedynie życzyć powodzenia trenerowi Piotrkowi Świderskiemu. Poza tym teraz jest taki martwy miesiąc w żużlu, gdzie kierownik nie ma papierkowej, ani żadnej innej roboty. Jarek Dymek, który przyszedł po mnie, będzie miał czas na spokojne wejście. A poradzi sobie na pewno, bo to doświadczony facet.

Koronawirus dał panu mocno w kość?

- Poza tym, że byłem w izolacji i przez kilka dni miałem temperaturę 37 i pół, góra 38 stopni, to nic złego mnie nie spotkało.  Dominujący był jednak nieustający ból głowy. W sumie przeszedłem to łagodnie.

Wilki planują z Włókniarzem jakieś kadrowe interesy? Może jakiegoś juniora weźmiecie?

- Nie ma kogo. Włókniarz ma trzech juniorów, ale oni są brani pod uwagę, gdy idzie o starty w PGE Ekstralidze. Tam trzeba poczekać aż Franek Karczewski będzie miał 16 lat. Dopiero wtedy coś się ruszy. Na te urodziny musimy jednak poczekać do lutego 2022 roku. Odległa perspektywa.

Patrzę na marzące o potędze Wilki i od razu myślę o Motorze, gdzie jest silny klub, bo kasę daje miasto, marszałek województwa, do tego dochodzą dwie spółki skarbu państwa.

- Wiem, że wiele zależy od uwarunkowań gospodarczo-ekonomicznych, ale teraz skupmy się na tym sezonie, który przed nami. Utrzymajmy się w pierwszej lidze, ugruntujmy swoją pozycję. Co do Motoru Lublin jednak to uważam, że w najbliższych latach będzie to najbogatszy klub w PGE Ekstralidze.

Myśli pan, że z Wilkami będzie tak samo.

- Kwestie gospodarczo-ekonomiczne są niezbadane. Teraz najważniejsze jest to, że rok 2021 jest dla Wilków bezpieczny. I to bez względu na to, czy kibice będą na trybunach, czy też ich nie będzie. A co nam przyszłość przyniesie, to się okaże. Mamy czas na kontynuację budowy marki. Pewnie nie wszyscy wiedzą ale przez dwa ostatnie lata to mecze żużlowe w Krośnie gromadziły największą frekwencje kibiców na stadionie biorąc pod uwagę wszystkie dyscypliny na Podkarpaciu. Mowa oczywiście o sportach letnich i halowych. Taki wynik już coś znaczy.

Chyba jednak naiwnością jest wierzyć, że w tym regionie ściany wschodniej da się coś zbudować. Pani Półtorak wiele lat wspierała Stal Rzeszów i znikąd nie miała pomocy. Raz z pomocą PSL dostała kontrakt z PGE, ale to było wszystko.

- Jak wyjdziemy poza żużel, to można powiedzieć, że Asseco Resovia zbudowała drużynę siatkówki na europejskim poziomie. Startowali nawet w Champions League. Czyli można.

A wie pan, jaki budżet ma Resovia?

- Nie pamiętam.

Szacuje się, że 12 do 14 milionów złotych.

- Dobrze, ale ja podając ten przykład miałem na myśli to, że jednak da się coś w tym regionie zbudować. Na ścianie wschodniej też można, nie jesteśmy skazani na dobry żużel wyłącznie na zachodzie.

Proszę tylko pamiętać, że zawodnicy lubią klubom ze wschodu mówić: zapłaćcie nam więcej, żeby zrekompensować nam dalekie dojazdy.

- To są detale, o których na razie nie warto rozmawiać przy obecnym poziomie zarobkowania.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Samochód 20-lecia na 20-lecie Interii! ZAGŁOSUJ i wygraj 20 000 złotych - kliknijZapraszamy do udziału w 5. edycji plebiscytu MotoAs. Wyjątkowej, bo związanej z 20-leciem Interii. Z tej okazji przedstawiamy 20 modeli samochodów, które budzą emocje, zachwycają swoim wyglądem oraz osiągami. Imponujący rozwój technologii nierzadko wprawia w zdumienie, a legendarne modele wzbudzają sentyment. Bądź z nami! Oddaj głos i zdecyduj, który model jest prawdziwym MotoAsem!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama