Reklama

Reklama

Żużel. Masz 21 lat i przegrywasz z uczniem podstawówki. Szkoda czasu na walkę o coś, co nigdy nie nadejdzie

Podczas rozgrywanych licznie zawodów juniorskich często wobec zawodników stosuje się taryfę ulgową, tłumacząc ich braki w jeździe wiekiem lub małym doświadczeniem. W rzeczywistości faktycznie tak jest, ale wydaje się, że o pewnej kwestii się zapomina. Inaczej należy oceniać kończącego wiek młodzieżowca 21-latka, a inaczej chłopaka z podstawówki, który tak naprawdę jest jeszcze dzieckiem. Ten drugi ma jeszcze mnóstwo czasu przed sobą, czego nie można powiedzieć o jego starszym koledze.

W życiu utarło się niezwykle popularne powiedzenie "jeśli umiesz o czymś marzyć, umiesz to osiągnąć". Ten slogan często motywuje osoby wątpiące w swoje możliwości do tego, by jednak spróbować, nie poddawać się i walczyć ile się da. Postawa godna pochwalenia, ale niestety życie mocno weryfikuje takie zachowania. Zwłaszcza, jeśli mówimy o zawodowym sporcie. Jeśli ktoś chce realnie zaistnieć w dyscyplinie takiej jak żużel, a w wieku 20-21 lat ma problem z podstawowymi manewrami na torze, to powinien zastanowić się, czy to na pewno coś, co jest mu pisane. Upór, heroizm, nieustępliwość - to cnoty niepodważalne. Chłodne spojrzenie i realna ocena to z kolei rzeczy, których brakuje niektórym polskim juniorom.

Reklama

Ktoś powie, że nie wszyscy dobrzy zawodnicy byli obiecującymi juniorami. Oczywiście, że nie. Bo Jason Doyle czy Jakub Jamróg szału podczas wieku młodzieżowego nie robili. Z tą jednak różnicą, że jeździć potrafili. Po prostu się nie wyróżniali. Nie przegrywali na torze z 15-latkami świeżo po egzaminie licencyjnym, tylko wolno się rozwijali. O ile Jamróg już jako młody senior zwracał na siebie uwagę, o tyle Doyle obudził się w wieku 30 lat, co jak na profesjonalnego sportowca jest fenomenem, bo jak wiemy ostatecznie doszedł na sam żużlowy szczyt. Nie każdy jest perłą od najmłodszych lat, bo sumienną pracą można dojść tam, gdzie dochodzą największe sportowe talenty, tylko być może trwa to nieco dłużej.



Nie każdy może spełnić marzenia

Kiedyś Jacek Frątczak słusznie zauważył, że w wielu rozgrywkach obserwujemy juniorów nierokujących. Są tam, bo zamarzyli o byciu żużlowcem, a przecież nikomu nie można odbierać marzeń. Mają talent, ale póki co bezobjawowy. Dajmy im 3,4, no może 10 lat, to pokażą, na co ich stać. Problem w tym, że to kompletnie bez sensu. Kiedy obserwujemy takiego chłopaka, który za rok ma już być seniorem, przyjeżdżającego na dany tor, mającego kłopoty ze złożeniem się w łuki i mówiącego "ja się dopiero tych torów uczę", to należy zastanowić się, czy wszystko jest w porządku. Pojawia się pytanie: skoro on teraz się uczy, to co robił przez poprzednich pięć lat? 

Najbardziej upokarzającą rzeczą, jaka może się przydarzyć doświadczonemu na tle rywali juniorowi, jest porażka z kimś, kto ledwo zdążył przyjechać po egzaminie licencyjnym. Jedzie niemal prostym motocyklem, jeszcze nie do końca panuje nad maszyną, a jednak pokonuje kolegę, który trenuje od kilku lat. Wiele z takich porażek powinno solidnie dać do myślenia przegrywającemu. Wydaje się, że warto tu przytoczyć przykład Jacka Gomólskiego sprzed lat. Zawodnik nosił się z zamiarem zakończenia kariery, ale miał wątpliwości, czy to już ten moment. Gdy jednak na jego domowym torze na dystansie przeszedł go żużlowy emeryt, Michaił Starostin, Gomólski stwierdził, że dość tego. Więcej na tor nie wyjechał.

Kończ, póki masz czas

Tak na dobrą sprawę, praktycznie nierealne jest, by junior mający 19-21 lat i zdradzający objawy totalnego braku talentu, kiedykolwiek zaistniał w speedwayu. Nie każdy oczywiście zwraca na siebie uwagę już jako 15-latek, ale w trakcie czterech lat jazdy w zawodach żużlowiec mający papiery po prostu musi choć kilka razy to potwierdzić. Jeśli tego nie zrobi, to znaczy, że papierów nie ma. A przynajmniej nie do żużla. I być może to jest słowo kluczowe. W otoczeniu niektórych zawodników brakuje osób, które mogłyby w delikatnych słowach przemówić im do rozsądku i przekonać do spróbowania w życiu czegoś innego. Nie wyszło ci na żużlu, ale masz 20 lat i możesz być najlepszym na świecie w wielu innych dziedzinach życia.

Przeważnie jednak jest tak, że nawet ci najmniej utalentowani przeciągają kariery do granic możliwości. Jeżdżą minimum do końca wieku juniorskiego, a potem jeszcze rok czy dwa próbuję jako młodzi seniorzy i de facto marnują dwa lata życia. O tym, że nic z tego nie będzie wiedzą zarówno oni sami, jak i środowisko żużlowe. Budzą się potem w wieku 23 lat i w zasadzie są na rozdrożu, bo nie wiedzą co ze sobą zrobić. Gdyby darowali sobie speedway np. cztery lata wcześniej, w tej chwili mogli być w zupełnie innym miejscu w życiu. A tak, zostaje im praca mechanika i zastanawianie się nad tym, dlaczego jednym wyszło, a im nie. W wywiadach i tak usłyszymy, że po prostu mieli pecha. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje