Reklama

Reklama

Żużel. Los nie oszczędza Grzegorza Zengoty. Dlaczego dobremu człowiekowi przydarza się tyle złego?

Wydawało się, że po fatalnej kontuzji i bardzo długim okresie dochodzenia do siebie, nieszczęścia muszą w przypadku Grzegorza Zengoty mieć swój kres. Po heroicznej walce wrócił nie tylko do zdrowia, ale także na tor. W wielkim stylu pomógł Abramczyk Polonii uratować ligowy byt, ale tuż przed sezonem 2021 spadł na niego kolejny cios. Jego partnerka nie donosiła ciąży i para straciła dziecko. To pokazuje, jak niesprawiedliwe jest życie.

Karma wraca - głosi popularne powiedzenie. W myśl tego zwrotu złemu człowiekowi prędzej czy później los odda wszystko to, co w życiu zrobił. Podobnie jak dobremu - jeśli bije od ciebie radość i dobra energia, będziesz mieć udane życie, bowiem dobro powraca. Jak widać po przypadku Grzegorza Zengoty, tę regułę można sobie wsadzić w kieszeń. To jeden z najsympatyczniejszych i najbardziej ułożonych żużlowców, a ilość nieszczęść, jakie na niego spada jest nie do wyobrażenia. Jeśli w życiu jest jakaś sprawiedliwość, to po tym wszystkim Zengota musiałby chyba z 5 razy zostać mistrzem świata.

Reklama

Wielu go skreśliło, a on uratował klub przed spadkiem

Jeszcze rok temu wydawało się, że zawodnik na tor nie wróci. Kolejne przesuwane terminy powrotu na tor kazały podawać w wątpliwość jego faktyczną zdolność i chęć kontynuowania kariery. W zasadzie wielu Zengotę już skreśliło. Po pierwsze nie wierzono, że po tak długim czasie będzie w stanie prezentować dobry poziom, a ponad wszystko wielu osobom wydawało się, że po prostu żuzlowiec już pogodził się z losem. Nic bardziej mylnego. Gdyby nie on, Abramczyk Polonia jeździłaby już w 2. Lidze Żużlowej. Transfer Grzegorza był strzałem w dziesiątkę i dla klubu i dla niego. Wydaje się, że dawno nie było ruchu, który tak bardzo sprzyjałby zarówno zawodnikowi, jak i drużynie.



Grzegorz od lat jest bardzo solidnym zawodnikiem ligowym, cenionym we wszystkich ośrodkach i będącym w szeroko pojętej czołówce. Dwa lata temu podczas treningów na crossie miał fatalny wypadek, po którym przez pewien moment jego stan był bardzo poważny. Było wiadome, że minimum część sezonu Zengota będzie miał z głowy. Zaczęto się zastanawiać, na ile kolejek będzie w stanie wrócić i jak będzie punktował, gdy pojawi się w składzie swojej nowej, lubelskiej drużyny. Wówczas jednak gruchnęła kolejna wiadomość, jeszcze gorsza niż sam wypadek w Hiszpanii.

Mógł stracić nogę przez błąd lekarzy

Okazało się, że tamtejsi lekarze źle zdiagnozowali uraz żużlowca i tylko dzięki fenomenalnej postawie polskich specjalistów udało się uratować jego nogę. Zdjęcia kończyny tuż po urazie, które Zengota opublikował w mediach społecznościowych kilka miesięcy temu, nie pozostawiały złudzeń. Sytuacja była katastrofalna. Tak na dobrą sprawę, zawodnik powinien już być inwalidą. Lekarze z Hiszpanii skompromitowali się i poprzez swoją rażącą niewiedzę mogli pozbawić człowieka sprawności. Na szczęście, nasi rodzimi okazali się znacznie lepsi i to dzięki temu Zengotę możemy oglądać na torze.

Od momentu odniesienia strasznej kontuzji rozpoczęła się heroiczna walka Zengoty, w której kibicowała mu cała żużlowa Polska. Choć powrót na tor bardzo się przedłużał, zawodnik się nie poddawał. Stracił cały sezon 2019 i 95% kolejnego. W sierpniu 2020 zdecydował, że jest gotowy do powrotu na tor. Nie do końca jednak w to wierzono. Dopiero gdy bus Zengoty pojawił się w desperacko szukającej wzmocnienia Abramczyk Polonii, stało się jasne, że coś jest na rzeczy. Choć na piątkowym treningu Zengota nie zachwycał, zdecydowano się wstawić go do składu i był to strzał w dziesiątkę. Tak naprawdę dzięki jego postawie w dużej mierze bydgoszczanie mogą teraz nadal cieszyć się ze statusu pierwszoligowca.

Oczekiwanie na dziecko zamieniło się w tragedię

Zengota oczywiście rozkochał w sobie miejscową publiczność, a w klubie bardzo go polubili. Trudno bowiem nie czuć sympatii do wiecznie uśmiechniętego, młodego człowieka, który w czasach zarazy, wszystkich dookoła zaraża pozytywną energią. To nie jest przypadek, że Grzegorz to chyba jedyny polski żużlowiec na każdym stadionie witany oklaskami. Zengota zorganizował sobie w Bydgoszczy bazę i został w klubie na kolejny sezon, w którym będzie mógł już jeździć od początku. Pod koniec roku ogłosił światu radosną nowinę, że wraz z partnerką Kają Tonder spodziewają się dziecka.

Wydawało się, że pech w końcu opuści zawodnika, bo przecież ile los może kopać jednego człowieka. Niestety, kilka dni temu Zengocie przytrafiło się kolejne nieszczęście. Poinformował w mediach społecznościowych o śmierci swojego nienarodzonego dziecka. Wielu osobom po prostu brakowało już słów na jakikolwiek komentarz. Zadawano sobie pytanie: jaki jest limit złego w przypadku Grzegorza? Choć śmierć dziecka w każdym przypadku jest ogromną tragedią, należy mieć nadzieję (kolejny raz), że los wreszcie zacznie być sprawiedliwy i tak dobremu człowiekowi zacznie się w życiu przydarzać coś pozytywnego. Tego mu życzą absolutnie wszyscy z żużlowego środowiska.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Dowiedz się więcej na temat: żużel | Grzegorz Zengota

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje