Reklama

Reklama

Żużel. Lockdown do lipca? Jeśli ten scenariusz się sprawdzi, w klubach zabraknie kasy

W listopadzie 2020 prezesi PGE Ekstraligi podpisali milionowe kontrakty, licząc na to, że w sezonie 2021 nie będzie pustych trybun. Tymczasem specjaliści mówią, że o realnym wpływie szczepień będzie można mówić dopiero jesienią, a politycy nie zakładają wcześniejszego odmrożenia gospodarki, jak za 2-3 miesiące. Kibice mogą wrócić nawet dopiero w lipcu, choć i to nie jest pewne, bo sytuacja w Europie, gdy idzie o koronawirusa, jest nieciekawa, a Polska nie jest wyspą.

Ten rok może być zabójczy dla polskiego żużla. Głównie, dlatego że prezesi klubów PGE Ekstraligi podpisali milionowe kontrakty. Najtańszy zespół kosztuje 6 milionów, najdroższy 10. Działacze liczyli na to, że kibice wrócą na trybuny. I to od pierwszej kwietniowej kolejki. Sądzono, że rząd zgodzi się przynajmniej na 25 procent zapełnienia trybun. Zresztą w najlepsze trwa sprzedaż karnetów. Oczywiście w ograniczonej ilości, tak żeby nie przekroczyć wspomnianego procenta.

Reklama

Jak mówi nam prezes PGE Ekstraligi Wojciech Stępniewski, nikt jeszcze nie naciskał na niego w sprawie przełożenia startu ligi, ale w klubach słyszymy, że dobrze by było taki pomysł rozważyć. Przełożyć o dwa tygodnie, może miesiąc, żeby zminimalizować straty. Z drugiej strony prezesi coraz głośniej mówią o tworzeniu sektorów dla zaszczepionych i ozdrowieńców. Wszystko po to, by mieć szansę, choć na minimalne wpływy z dnia meczu.

W ZOOleszcz DPV Logisitic Grudziądz policzono, że do zamknięcia budżetu potrzeba im nieco ponad miliona zysku z dnia meczu. Tam jednak zbudowano drużynę za 6 milionów, a dokładając do tego koszt funkcjonowania klubu, wychodzi na to, że GKM potrzebuje nie więcej, jak 7,5 miliona złotych. 6 ma ze sponsorów, PGE Ekstraligi i miasta. Brakujące mieli zapewnić kibice. Zasadniczo na około 6 milionów może liczyć każdy. Problem w tym, że większość drużyn zbudowano za 9 milionów lub więcej.

Jeśli nie będzie kibiców, to najbardziej rozrzutnym może zabraknąć nawet 3 milionów złotych. Można iść o zakład, że zaniepokojenie w klubach rośnie z każdym dniem, bo o ile miesiąc temu liczono się z tym, że w kwietniu trybuny będą puste, o tyle liczono na minimum 25 procent w maju i mocne otwarcie od czerwca na poziomie 50 procent.

Wystarczy jednak popatrzyć na to, co dzieje się w Polsce i u naszych sąsiadów, by dojść do wniosku, że ten rok może być zdecydowanie gorszy od poprzedniego. W 2020 tylko jedna kolejka odbyła się przy pustych trybunach. Na dokładkę PGE Ekstraliga zarządziła odgórne cięcia kontraktów, a kluby dostały wielkie pieniądze z tarczy antykryzysowej. W tym roku tarczy nie będzie, natomiast o cięciach nie chce słyszeć ani Ekstraliga, ani niektórzy prezesi.

Z ostatnich publikacji wynika, że pierwsze obostrzenia dotyczące gospodarki mogą być zdjęte dopiero za 2-3 miesiące. Wystarczy jednak posłuchać wiceministra finansów Tadeusza Kościńskiego, który w programie "Money. To się liczy", wyraźnie zasugerował, że nie będzie żadnego otwarcia na hura, a raczej powolny proces. Bo co prawda sytuacja u nas wygląda lepiej niż w kilku innych krajach europejskich, ale jeden zły ruch może nas kosztować nagły wzrost zakażeń. A proces szczepień idzie tak wolno, że o jego wpływie na poprawę sytuacji będzie można mówić dopiero jesienią. Tak twierdzą epidemiolodzy. Do tego czasu musimy uważać i patrzyć uważnie na to, co dzieje się w Europie. Angielska prasa już teraz donosi, że tam puby i restauracje mogą zostać otwarte dopiero w lipcu. O stadionach, gdzie gromadzi się więcej ludzi ani widu, ani słychu. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje