Reklama

Reklama

Żużel. Leszek Tillinger: Zachowanie prezesa Kolejarza Rawicz to wiocha. Nigdy nie wyjdziemy z zaścianka

- Osobiście, jak długo byłem szefem klubu, nie przypominam sobie żeby mój vis a vis wsiadał do polewaczki. Nawet, gdy toromistrz gdzieś się na chwilę zagubił. Inna sprawa, że kiedy spadliśmy do niższej ligi, będąc na zawodach w Rawiczu także przekonaliśmy się na własnej skórze, co to znaczy lokalny szowinizm - pisze w swoim nowym felietonie dla Interii były prezes klubu z Bydgoszczy Leszek Tillinger.

Prezes Kolejarza Rawicz wsiadł w niedzielę w polewaczkę i przejeżdżając nieopodal sektora gości z Opola, pozdrawiał ich środkowym palcem. Ludzie, jakich czasów my dożyliśmy? Mnie się to w głowie nie mieści. Kiedy ta informacja obiegła media zastanawiałem się, czy nie jestem przypadkiem w ukrytej kamerze i ktoś nie stroi sobie żartów. Niestety w kalendarzu jak byk nie widniała data pierwszego kwietnia.

Czułem ogromne zażenowanie i niesmak. Przepraszam, ale to była wiocha. Sprawą jak najszybciej powinna zająć się GKSŻ. Takie zachowania są poniżej krytyki, wymagają natychmiastowego wyjaśnienia i napiętnowania. Nie mogą być absolutnie tolerowane. Pan prowodyr z Rawicza jak jest taki chojrak, niech jedzie teraz do Warszawy, stanie na dywaniku i tam wymachuje rękami gęsto się tłumacząc.

Reklama

Osoba, która zarządza klubem i reprezentuje go na zewnątrz musi być świadoma, że swoim wybrykiem dała mu "piękne" świadectwo. Dobrze, że całe zdarzenie skończyło się tylko wrzuceniem filmiku do internetu, bo następnym razem może dojść do aktu agresji. Wystarczy, że pan prezes trafi na bardziej krewką grupę.

Miejsce prezesa jest na trybunie. Przy sponsorach, gościach, przedstawicielach zespołu przyjezdnego. W piłce nożnej dyrektorzy, najważniejsze persony na zachodzie nie schodzą na murawę, albo nie siedzą z zawodnikami na ławce rezerwowych. Dla nich, to co najistotniejsze z perspektywy funkcji jaką pełnią dzieje się w loży VIP, między ludźmi w świetnie skrojonych garniturach. Prezes z Rawicza tego pewnie nie rozumie i dlatego zachował się jak kibol, chłopiec w krótkich spodenkach. 

To jest kolejny cios wizerunkowy wymierzony w polski żużel. Ledwo otrząsnęliśmy po przedsezonowym zgrupowaniu jednego klubu na Teneryfie, czy niewybrednym smsie wysłanym omyłkowo do prezesa, a jakże Kolejarza Opole (cytował go już nie będę, ale ten to pół żartem przyciąga do siebie afery) i znów nasza ukochana dyscyplina jest na świeczniku.

Osobiście, jak długo byłem szefem klubu, nie przypominam sobie żeby mój vis a vis wsiadał do polewaczki. Nawet, gdy toromistrz gdzieś się na chwilę zagubił. Inna sprawa, że kiedy spadliśmy do niższej ligi, będąc na zawodach w Rawiczu również przekonaliśmy się na własnej skórze, co to znaczy lokalny szowinizm. Miejscowi fani wyzywali naszych zawodników w parkingu, obrywało się wszystkim, bez wyjątku.

Nie chcę też generalizować i używać zbyt mocnych słów, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czarny sport, który jest uwielbiany przez miliony i cieszy się ogromną popularnością w naszym kraju, nigdy nie wyjdzie z pewnej zaściankowości. Właśnie "dzięki" takim ludziom. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje