Reklama

Reklama

Żużel. Leszek Tillinger. Za jedną dotację miejską mogliśmy się pobawić drzwiami w toalecie w Orbisie (felieton)

- Ktoś powie, że milion, który nam raz spadł, to był solidny zastrzyk. Na pewno, ale kiedy budżet sięgał siedmiu "baniek", to była kropla w morzu potrzeb. Prosty rachunek - jedna siódma. O resztę należało zadbać samemu. Bieganina za sponsorami była straszna. Wypychali drzwiami wchodziło się oknem. Byliśmy jak kolędnicy pukający co chwilę do innych gabinetów - nasz felietonista Leszek Tillinger pochyla się nad tematem miejskich dotacji w żużlu.


Reklama

Kiedyś nie było takiego rozpasania jeśli chodzi o miejskie dotacje dla klubów żużlowych. Teraz jest wzajemne prześciganie, kto weźmie z Ratusza więcej. Jesteśmy świadkami wyciągania rąk po jakieś niebotyczne pieniądze. Moje Bermudy Stal Gorzów wyniosła właśnie z miasta w walizce przeszło dwa miliony. Inni też pławią się w luksusie.

W czasach, gdy znajdowałem się u steru Polonii Bydgoszcz te kwoty były bardzo rozchwiane. W momencie, gdy przekształcaliśmy klub w spółkę akcyjną, najpierw otrzymaliśmy 150 tys., potem 400, by po kolejnym awansie do najwyższej klasy rozgrywkowej dostać okrągły milion.

Te 150 tys. nie powalały na kolana. Trochę się śmieję, że po zaksięgowaniu takich pieniędzy można było się pobawić drzwiami w toalecie w Orbisie. A już zupełnie poważnie przekazywaliśmy się je na bieżącą działalność klubu. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że prawie dwie dekady temu funkcjonowaliśmy w zupełnie innych realiach finansowych, nie były one w stanie zabezpieczyć kontraktów zawodników. Kupowało się sprzęt, przeznaczało na organizację imprez i było po kasie.

Ktoś powie, że ta "bańka", która nam raz spadła, to był solidny zastrzyk. Na pewno, ale kiedy budżet sięgał siedmiu milionów, to była kropla w morzu potrzeb. Prosty rachunek - jedna siódma całości. O resztę należało zadbać samemu. Bieganina za sponsorami była straszna. Wypychali drzwiami wchodziło się oknem. Byliśmy jak kolędnicy pukający co chwilę do innych gabinetów.

Porównując obecnych prezesów, do tych, gdy ja zarządzałem klubem widzę ogromną przepaść. My byliśmy bardziej obrotni i zdani na siebie. Mieliśmy więcej gimnastyki, aby pozyskać, jakieś środki. Z biegiem lat nastąpiło rozpasanie, szefowie klubów stali się wygodni. Przecież dostając np. dwa miliony w 2 LŻ można się położyć w łóżku, zamknąć w pokoju i kierować klubem nie wychodząc z domu.

Moje relacje z miastem zawsze były dobre. Ale w pewnym momencie nie miałem też serca i sumienia, aby prosić o duże sumy. Chociaż wiem, jak to prezesi sobie ładnie przekalkulowują. Zawsze robią podchody negocjacyjne, występują o większą dotację, żeby na końcu było z czego ciąć i jak najmniej stracić z tego, co się wypisało we wniosku.

W 2003 roku Polonia oddała się w stan likwidacji. Powstał BTŻ. Byliśmy wtedy na skraju przepaści, ale miasto nas uratowało. Po powstaniu z kolan nie było więc ciśnienia, aby uderzać do Ratusza. Wystarczyło, że miasto zakupiło od BSI licencję na turniej Grand Prix i pomogło w jego organizacji. Później pewna pula pieniążków i tak trafiała do nas. I to całkiem niezłych. Na czysto wychodziło pomiędzy "bańką", a półtorej. No, ale gdzie tam wciąż do tych siedmiu milionów?

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje