Reklama

Reklama

​Żużel. Leszek Tillinger: Miasto nas oszukało, ale Polonia na Grand Prix nie straciła. Tydzień nie spałem (felieton)

Zaprosili nas na rozmowy i prosto z mostu zapytali czy damy radę zrobić turniej Grand Prix w tydzień. Zapłacili za stadion, szybko wróciliśmy do Bydgoszczy. W poniedziałek zwołałem naradę u prezydenta, a w sobotę już na Sportowej odbywał się trening. Dużo zdrowia mnie to wtedy kosztowało. Przez cały ten tydzień praktycznie nie spałem - wspomina sezon 2008 Leszek Tillinger, były prezes Polonii

Kontynuuję swoją podróż do przeszłości, w której wracam do wspomnień związanych z ewolucją cyklu Grand Prix. Jesteśmy w 2010 roku. Tomasz Gollob odbierał w Bydgoszczy indywidualne mistrzostwo świata. Stadion w Bydgoszczy pozwala na oglądanie zawodów 17 tysiącom kibiców. Pęka w szwach. My wtedy dostawiliśmy trybuny mobilne i ostatecznie weszło ich 25 tysięcy. BSI widząc ogromne zapotrzebowanie na wielki speedway w w tym mieście, cały czas ciśnie na modernizację stadionu. Chcieli zwiększenia pojemności i zlikwidowania starych, brudnych, metalowych ławek. Ratusz nam to obiecywał, zapraszał na spotkania, pokazywał wizualizacje. Niestety zostaliśmy zrobieni w konia. BSI nie przedłużyło z nami umowy.

Reklama

W 2011 zmieniły się władze w mieście i nowi włodarze chcieli powrotu Bydgoszczy do GP i oddelegowali mnie do negocjacji z Anglikami. W Pradze poszliśmy na ugodę. Dostaliśmy półfinał Drużynowego Pucharu Świata. Jeśli by wypalił, to mieliśmy rozmawiać o kontrakcie na lata 2013 i 2014. Udało się.

W sezonie 2013 Polonia spadła z ligi i jako iż zostały straszne długi, to Grand Prix w 2014 zorganizowano tak jak zorganizowano. Mieliśmy z nimi bardzo dobrą umowę, bo wtedy jeszcze nam ufali. Klub miał problem z kasą na pierwszą i drugą ratę. Układ był więc taki, że to Anglicy za wszystko odpowiadają, sprzedają bilety, wszystko inne - do kwoty 180 tysięcy funtów. Z tej puli wzięli sobie pieniądze należne za sprzedaż praw do organizacji, a nadwyżkę dzieliliśmy po pół. Umówiliśmy się też, że na organizację - jako iż u nas było kiepsko - prześlą nam 350 tysięcy złotych, których nie musieliśmy oddawać.

Trochę się wpakowaliśmy, był spadek, kibice się odwrócili i nie było tylu ludzi ilu oczekiwaliśmy. Mimo wszystko nie straciliśmy pieniędzy, bo układ był naprawdę bardzo dobry. Mieliśmy te 350 tysięcy, miasto dało nam 500 tysięcy do podziału na obie imprezy, do tego jakieś reklamy. A koszt organizacji takich zawodów to było wówczas 580 tysięcy złotych.

Ciekawie wyglądało też w 2008, kiedy Bydgoszcz przejmowała Grand Prix od Gelsenkirchen. Pojechałem do Niemiec, a tam było co było. Rano siedziałem na śniadaniu u znajomego w Dortmundzie i dostałem telefon, że mam szybko przyjechać. Wiedziałem już wcześniej co się święci, bo byłem na treningu, chodziłem po torze z Ole Olsenem i obaj zgadzaliśmy się, że nie ma większych szans na organizację tych zawodów. Zapakowałem się do samochodu z Andrzejem Polkowskim i pojechaliśmy rozmawiać z BSI. Oni zaprosili nas na rozmowy i prosto z mostu zapytali czy damy radę zrobić turniej Grand Prix w tydzień. No zapłacili za stadion, szybko wróciliśmy do Bydgoszczy. W poniedziałek zwołałem naradę u prezydenta, a w sobotę już na Sportowej odbywał się trening. Dużo zdrowia mnie to wtedy kosztowało, bo przez cały ten tydzień praktycznie nie spałem.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!




Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje