Reklama

Reklama

Żużel. Legendarny spiker Polonii: Wiele spraw w żużlu mnie irytuje

- Jako działacze Polonii mieliśmy zawsze materiał z meczu. Pomyśleliśmy, że fajniej będzie to oglądać z komentarzem. Zaznaczaliśmy jednak, iż jest to do użytku wewnętrznego. Filmy znalazły jednak swój drugi obieg. Pozwalałem w nich sobie na rzeczy, których jako spiker nigdy bym nie zrobił – powiedział nam Jerzy Matuszak, który od 27 lat jest spikerem na meczach Polonii Bydgoszcz.

Patryk Głowacki, Interia: Czy zgodzi się pan, że rozmawiam z jedną z największych legend w historii Polonii Bydgoszcz?

Jerzy Matuszak, wieloletni działacz i spiker Polonii: Nie, nie ująłbym tego w ten sposób. Ponadto nie powinienem się sam oceniać. Faktycznie działam w Polonii od wielu lat. Bakcyla zaszczepił mi tata, który zabrał mnie na mecz, gdy miałem dwa lata. Legendami stają się jednak wielkie postacie, a ja taką się nie czuję.

Niemniej w klubie szybko miał pan co robić.

Grałem troszeczkę w juniorskiej piłce, byłem też działaczem tenisowym i żużlowym. Miałem okazję zajmować również stanowisko zastępcy dyrektora i dyrektora klubu. Od 1994 roku jestem spikerem na zawodach żużlowych.

Reklama

Pozwoliłem sobie na taki tytuł, gdyż kibice Polonii każdy moment mogą kojarzyć z pana głosem.

Może tak być. W tym roku rozpoczął się mój 28 sezon przy mikrofonie. Jest to dla mnie fajna przygoda. Komentowałem również piłkę nożną, w tym mecze reprezentacji Polski, mecze Zawiszy Bydgoszcz i Victorii Koronowo, hokej na lodzie oraz imprezy lekkoatletyczne.

Wspomniał pan o uczestnictwie w żużlu w wieku dwóch lat. Kiedy ta przygoda zaczęła się na poważnie?

Pod względem faktycznego działania, w 1979 roku zostałem wiceprzewodniczącym sekcji żużlowej, mając 26 lat. Natomiast pierwsze wspomnienia z dyscypliną naprawdę tyczą się wczesnych lat dziecięcych, gdzie obserwowałem na torze m.in. Mieczysława Połukarda, braci Świtałów, Edwarda Kupczyńskiego, Bolesława Bonina, Jana Malinowskiego, z którymi jeździłem jednym busem na zawody.

Przez tyle lat żużel się panu nie znudził?

Wiele spraw mnie irytuje. Wszystko poszło w kierunku profesjonalizacji, m.in. przez wartościowy kontrakt telewizyjny. Dyscyplina cierpi też na pandemii, gdyż sezon rozgrywany jest szczątkowo, szczególnie w innych krajach. Nadal jednak czuję pasję, to po prostu ma coś w sobie. Kibic widzi tu  od startu do mety, co się dzieje. 

Da się odczuć, że profesjonalizacja nie do końca panu odpowiada.

Dyscyplina trochę na tym cierpi. Telewizja ma swoje wymogi dotyczące przygotowania nawierzchni. Tory przyczepne były wprawdzie dużo trudniejsze, a jazda na nich wymagała odwagi. Tendencja ścigania się po "betonie" ma służyć widowiskom. Kiedyś jednak zrobieniem nawierzchni "pod siebie" również wyrównywano szanse, tym bardziej gdy pojawiała się dysproporcja sprzętowa. Obiektywni kibice chcą widowisk. Kluby chciałyby natomiast zrobić wszystko, by wygrać spotkanie.


Czy teraz jednak jest tak źle?

Nie do końca. Jest kilka obiektów, gdzie do dziś toczy się rywalizacja. W Bydgoszczy, Toruniu czy innych miejscach nawet na twardej nawierzchni zawodnicy potrafią stworzyć widowisko, jak choćby przed laty Tomasz Gollob.

Przez tyle lat widział pan wielką przemianę dyscypliny. To były dobre zmiany?

Diametralnie zmienił się przede wszystkim dostęp do sprzętu. Dziś zawodnik kładzie pieniądze renomowanemu tunerowi, a on wykonuje zlecenie. Oprócz tego stawka mistrzostw świata wydawała się bardziej wyrównana. Gollob musiał mierzyć się z wieloma klasowymi żużlowcami, natomiast teraz ścisłą czołówkę tworzy maksymalnie 3-4 zawodników. W dawnych czasach zachód się od nas izolował, przez co nasi najlepsi zawodnicy nie mogli stawiać oporu zagranicznym rywalom.

Pana zdaniem dyscyplina jest w lepszym miejscu? Wydaje się, że za pieniędzmi i ogólnym rozwojem w kąt odłożono klimat sportu.

Nie da się tego porównać. Kiedyś np. transfery między klubami były niezwykle trudne do zrealizowania, udawało się to tylko nielicznym. W drużynach jeździli zatem wychowankowie i to budowało poczucie bycia z drużyną. Dziś mamy do czynienia z armią zaciężną, trochę cyrk objazdowy, co ma związek z kontraktami w różnych krajach. Teraz zawodnicy jeżdżą ze sobą, jutro już są rywalami. Z racji małego grona elity, obskakuje ona wszystkie ligi. W wielu sportach zostało to już przerobione. Ile można kisić się we własnym sosie? Obecnie ci sami zawodnicy co chwilę ścierają się ze sobą. Ponadto przez pandemię wielu kibiców może przyzwyczaić się do oglądania zawodów w telewizji i potem nie będą oni chcieli iść na stadion. Nie zmienia to faktu, że telewizja jest potrzebna.

Idąc tym tropem, zaryzykuje pan stwierdzenie, że boom na żużel minął?

Na pewno młodzież mniej garnie się do tego sportu. Kiedyś kluby wybierały najlepszych kandydatów spośród wielu chętnych. Dzisiaj bierze się każdego zainteresowanego. Trochę pewnie odstrasza niebezpieczeństwo dyscypliny. Ponadto młodzież ma inne możliwości spędzania czasu.

Swoją drogą dziwię się, że odstąpiono od jednodniowych finałów mistrzostw świata.

A to czemu?

Obecnie perspektywiczny zawodnik nie wskoczy od razu do walki o MŚ. Kiedyś mógł on bardziej skorzystać na wystrzale formy. Taka impreza danego dnia miała swój urok, szczególnie gdy pojawiały się niespodzianki. Z całym szacunkiem, ale przy dzisiejszym trybie rywalizacji Jerzy Szczakiel nie zostałby mistrzem. Może Discovery się do tego przekona, bo BSI spuściło już z tonu.

Co zatem z cyklem Grand Prix?

A co jeśli udałoby się wprowadzić Pucharu Świata, który zastąpiłby Grand Prix, przy jednoczesnym zachowaniu sponsorów? Osobno organizowano by walkę o MŚ, co widzimy m.in. w skokach narciarskich. Przy okazji zostawilibyśmy w kalendarzu mistrzostwa par oraz drużyn. Co do GP, bardzo irytują mnie dzikie karty. Rozumiem, jeśli to byłaby specjalna szansa dla mistrza świata, który z powodu kontuzji nie bronił tytułu. Teraz przydzielane są one bardzo wątpliwie, co wypacza sport i ogranicza dobrym żużlowcom szansę zaistnienia.

Może ktoś z Polski powinien wyjść z inicjatywą?

Problem polega na tym, że najchętniej wszystko rozgrywano by w Polsce, często w ten sposób ratując sytuację, a i tak w światowej federacji nie mamy siły przebicia. Widząc dominację Polaków, zmienia się zasady, jak choćby w kwestii rywalizacji drużynowej. Wcześniej dominacja innych nikomu nie przeszkadzała. 

Wracając do pana, niewielu wie, że w przeszłości Jerzy Matuszak wcielał się w rolę komentatora.

Prawdę mówiąc, te taśmy nie powinny trafić do obiegu publicznego (śmiech). Jako działacze Polonii mieliśmy zawsze materiał z meczu. Pomyśleliśmy, że fajniej będzie to oglądać z komentarzem. Zaznaczaliśmy jednak, iż jest to do użytku wewnętrznego. Filmy znalazły jednak swój drugi obieg. Pozwalałem w nich sobie na rzeczy, których jako spiker nigdy bym nie zrobił. 

Jakiś przykład stronniczego zachowania?

W jednym meczu z Unią Leszno Ryszard Dołomisiewicz wrócił po kontuzji. Raz siłę bydgoskiej pary odczuł Jan Krzystyniak. I ten niezwykle spokojny żużlowiec wpadł w taki szał, że kopnął Rysia w złamaną nogę. Doszło prawie do linczu, a my z kolei nie zostawiliśmy na Krzystyniaku suchej nitki. Okazało się, że kaseta z meczu stała się dowodem w Głównej Komisji Sportu Żużlowego (śmiech).

Jest pan spikerem przez 27 lat. Ile opuścił pan meczów?

Bardzo niewiele. Ogólnie miałem pod tym względem dużo szczęścia. Z jakieś 11 razy przechodziłem zapalenie krtani, przez co nie mogłem mówić szeptem, ale na mecze udawało mi się być zdrowym. Z tego powodu tylko raz nie wykonałem swoich obowiązków.

Gdyby w całej swojej historii miał pan wybrać najpiękniejszy moment w wykonaniu Polonii?

Trochę tego było. Oczywiście zaliczą się tu mistrzostwa kraju. Wielu kibiców ciepło zareagowało też na rewanż z PSŻ Poznań w 2019 roku, gdzie Polonia zrobiła coś nieprawdopodobnego odrabiając takie straty. Nikt nie wierzył w końcowy sukces. Takie rzeczy widziało się w latach 70-tych.

Dało się odczuć, że pan "odleciał". Oprócz historii meczów chyba wynikało to jednak faktu, że w końcu pojawiła się iskierka nadziei na lepsze czasy Polonii.

To prawda. Sport jest piękny z racji swej nieprzewidywalności. Pojawiły się po meczu spekulacje, jakoby doszło do przekupstwa. Dla mnie to są brednie, tym bardziej że nikt z żużlowców by na tym nie zyskał.

Przez lata pojawiło się też wiele złych wspomnień. Pierwszy spadek jest najgorszym z nich?

Tak. Przez ponad 50 lat Bydgoszcz znajdowała się w gronie najlepszych. W feralnym sezonie 2007 mieliśmy sporego pecha. Rywalizowaliśmy z Unią Leszno, prowadząc 10 punktami. Podczas jednej z gonitw Andreas Jonsson tak zaciekle gonił Leigh Adamsa, że zaliczył upadek skutkujący kontuzją. Mecz przegraliśmy, a Szwed wypadł na kilka spotkań, po powrocie będąc cieniem siebie.

A jak pan odbierał sezon 2018, który Polonia skończyła niemalże na samym dnie?

Z drużyną trzeba być na dobre i złe. Wielu krytykuje rządy Władysława Golloba, ale postawił on na ratowanie wszystkiego dookoła kosztem wyniku sportowego, dzięki czemu klub spłacił bardzo dużą część zadłużenia.

Dość o przeszłości, bo zawsze trzeba patrzeć do przodu. Co pana zdaniem w najbliższym czasie osiągnie Polonia?

Najważniejsze to jechać bez kontuzji, bo dawno 1. liga nie prezentowała się tak interesująco. Polonia ma fajny skład, choć inni też nie próżnowali. Na pewno z niecierpliwością czekam na zmagania, licząc, że bydgoszczanie pojadą najlepiej, jak potrafią. Jestem również zainteresowany występami Wiktora Przyjemskiego, ale na niego musimy trochę poczekać. Wierzę, że pod kierunkiem prezesa Jerzego Kanclerza Polonia wróci do dawnej świetności.

Na koniec czas na zabawę. Pana zadaniem jest stworzenie najlepszego składu Polonii w historii. Uznajmy, że w zespole powinno znaleźć się osiem osób.

Pierwsze miejsce - Tomasz Gollob. Tuż za nim Mieczysław Połukard. Dalej Edward Kupczyński i Henryk Gluecklich. Wśród zagranicznych zawodników wyróżniłbym Sama Ermolenko. W takim składzie widziałbym też Jacka Golloba i Piotra Protasiewicza. Listę niech zamknie Ryszard Dołomisiewicz. Trenerem drużyny byłby z kolei - Jan Malinowski.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje