Reklama

Reklama

Żużel. Krzysztof Buczkowski: Możliwe, że zasiedziałem się w GKM-ie. Była propozycja z Bydgoszczy, a na crossówkę się nie obraziłem (WYWIAD)

- Nie jest tak, że Motor spadł mi nagle jak manna z nieba. Ale oferta od prezesa Kępy była najbardziej konkretna i już przy pierwszym spotkaniu poczułem, że obu stronom zależy, aby się dogadać - mówi w rozmowie z Interią o przejściu z Grudziądza do Lublina Krzysztof Buczkowski.

Kamil Hynek, Interia: W okienku transferowym zmienił pan macierzysty MrGarden GKM Grudziądz na Motor Lulin. Dlaczego?

Reklama

Krzysztof Buczkowski, nowy zawodnik Motoru Lublin: Czułem, że potrzebuje nowego bodźca, impulsu, żeby nie pogłębiać marazmu, w jakim się znalazłem w sezonie 2020. Prowadziłem rozmowy z działaczami GKM-u, długo się zastanawiałem, co będzie dla mnie najlepsze i decyzja o opuszczeniu klubu, w którym się wychowałem nie była prostą sprawą. Gdy zobaczyłem, że czwarte spotkanie nie przyniesie przełomu, postanowiłem podziękować za współpracę.

A może się pan zasiedział w GKM-ie?

Niewykluczone. To też wziąłem pod uwagę.

W trakcie sezonu nie zaczynało do pana docierać, że dla odbudowania formy najlepsza będzie przejście do innego klubu?

Rozgrywki skończyliśmy dość wcześnie, ale czas na refleksje i pozbieranie myśli do kupy był już po schowaniu motocykli do garażu. Do samego finiszu ligi wierzyłem, że coś drgnie. Pracowałem nad sprzętem, sobą i liczyłem na progres. To mnie zajmowało.

Doskonale pamiętam, jak po 2013 roku przychodził pan z Polonii Bydgoszcz do Unii Tarnów. To był wówczas z pana strony świetny ruch. Nie dość, że notował pan super wyniki, a z zespołem otarliście się o złoty medal. Plaga kontuzji w play-offach pokrzyżowała wam plany. Może więc teraz będzie podobnie.

Na pewno bardzo mocno bym sobie takiego samego scenariusza życzył, ale już ze szczęśliwszym happy endem. Należy jednak zaznaczyć, że ja odchodziłem z Polonii, kiedy w klubie zaczynało dziać się nie najlepiej, a Unia była w topowym dla siebie momencie. Co łączy obie ofert, tę z Tarnowa sprzed kilku sezonów i tę z Motoru, to fakt, że przyszły dość późno i się ich raczej nie spodziewałem.

A czy PGE Ekstraliga w gruncie rzeczy zapomniała o panu i gdyby nie porozumienie z Motorem miałby pan problem z pozostaniem w najwyższej lidze?

Nie jest tak, że Motor spadł mi nagle jak manna z nieba. Ale oferta od prezesa Kępy była najbardziej konkretna i już przy pierwszym spotkaniu poczułem, że obu stronom zależy, aby się dogadać.

Rozpatrywał pan występy w eWinner 1. Lidze, czy one w ogóle nie wchodziły w rachubę?

Kiedy oficjalnie poinformowałem, że nie przedłużę kontraktu z GKM-em, kilka zapytań się pojawiło. Jedna oferta przyszła od mojego bardzo dobrego znajomego, pana Jurka Kanclerza z Bydgoszczy. Szczerze mu odpowiedziałem, że będę celował jednak w PGE Ekstraligę.

Zrobił pan sobie już rachunek sumienia, co poszło nie tak w minionym sezonie, czy ta próba wyciągania wniosków jeszcze przed panem?

Ciężko zrobić taką stuprocentową burzę w głowie. Można tylko domniemywać, czemu coś nie grało i starać się to w przyszłości poprawić. Złożyło się na to mnóstwo czynników i można ten wątek podzielić na etapy. Począwszy od feralnego piątego grudnia, czyli dzień odniesienia kontuzji, idąc przez cięcia kontraktowe, zaburzone przygotowania, zmiany w tamie, malejącą pewność siebie, czy nerwową atmosferę klubie spowodowaną słabymi wynikami. Nie powiem jednak złego słowa o szefach, bo oni ze swojej strony robili wszystko, co w ich mocy, żeby nam pomóc. Wiadomo, że aspiracje były duże, a zajęliśmy przedostatnie miejsce w tabeli i tylko przez pandemię uniknęliśmy baraży.

W Motorze przynajmniej w teorii o te sukcesy powinno być łatwiej. Podobnie jak były kolega z GKM-u Artiom Łaguta czeka pan na awans do pierwszej czwórki w PGE Ekstralidze od wspominanego już sezonu 2014 z Unią Tarnów.

Sporo osób mówiło, że ciążyła na nas w Grudziądzu jakaś klątwa. Że mieliśmy obsesję play-offów, a zawsze mimo ogromnych oczekiwań, z planów wychodziły nici. Przecież nikt mnie do jazdy w GKM-ie nie przymuszał. Wierzyłem, że wreszcie nam się uda spełnić marzenia o walce o medale, ale życie nas zweryfikowało. Trudno.

Otwiera pan nowy rozdział?

W Lublinie powiedziano mi, że zaczynam z czystą kartą. Na jednym kiepskim sezonie świat się nie kończy, mam oddzielić grubą kreską poprzednie rozgrywki i już ich nie rozpamiętywać.

Słychać było opinie, że po urazie odniesionym na crossie w trakcie zimowych przygotowań złapał pan blokadę, że znacznie on wpłynął już na pana postawę w lidze.

Nie złapałem przysłowiowego kabla, ale nie ma również, co ukrywać, że skomplikowana kontuzja nogi wybiła mnie z rytmu. Zazwyczaj zaczynałem pod koniec roku, a tu do lutego, z wyjątkiem rehabilitacji byłem wyłączony z aktywności. Zaczęła się gonitwa z uciekającym czasem, żeby zdążyć na opóźnioną inaugurację sezonu. Szczerze mówiąc zakładałem, iż wykuruję się w trzy miesiące, ja tak naprawdę po pięciu jeszcze nie jechałem na sto procent. Lekarze mnie wyczulali, że to nie jest złamanie obojczyka, a znacznie poważniejsza kontuzja, że dochodzenie do pełni zdrowia jest złożonym i żmudnym procesem. Nic się nie zadzieje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

A jak jest teraz?

Niemal rok po wypadku jest już bardzo dobrze. Trenuję regularnie na pełnych obrotach i znów mam uśmiech na ustach. Nie chcę też, żeby to wybrzmiało w tonie usprawiedliwiania się.

Przeprosił się pan już z crossówką?

A to my nie mieliśmy cichych dni (śmiech) Nikt się ma nikogo nie obrażał. Obecnie praktycznie co weekend wybieramy się gdzieś ze znajomymi, aby poskakać. Dla mnie taka forma przygotowania do sezonu jest idealnym uzupełnieniem treningu i nie mam zamiaru z niej rezygnować. Na pewno jednak pomny doświadczeń z grudnia 2019, staram się bardziej na siebie uważać.

Korzysta pan z usług psychologa?

W sezon wchodziłem bez specjalisty, a kończyłem go już po kilku sesjach. Nadal jesteśmy w stałym kontakcie, chociaż wiadomo z czym się aktualnie mierzymy i zostają nam telekonferencje. Dożyliśmy takich czasów, że każdy może siąść przed komputerem i wystukać na klawiaturze anonimowy komentarz. My nawet jak nie chcemy tego czytać, to gdzieś pocztą pantoflową do nas te strzępy wiadomości docierają.

A pan jest typem zawodnika, który lubi siąść po zawodach i analizować mecze, czy np. raczej szybko wyrzuca z głowy niepowodzenia?

Dwa-trzy lata temu jeździliśmy systematycznie w kilku ligach i nie było chwili, żeby szukać przyczyn gorszych występów. Słabsze spotkanie mogliśmy szybko powetować w Szwecji, czy Danii. A teraz nie było nawet, gdzie tej plamy zmazać i ten mętlik się rzeczywiście pogłębiał. Ale to już na szczęście historia.

Z przyjemnością poznam jeszcze pana zdanie na temat przepisu U24.

Wydaje mi się, że prezesi poznali stosunkowo szybko zamiary szefów organu zarządzającego PGE Ekstraligą. My byliśmy na samym końcu tego łańcucha. Nie rozpatruję go na pewno w kategoriach, że mógł mi zblokować dalsze starty na najwyższym szczeblu, bo być może, że właśnie gdyby nie wszedł, nie dostałbym angażu w Motorze.

Fajnie było na chwilę zamienić się w gwiazdę filmową? Nagranie z pana, Mateusza Cierniaka i kabaretu Ani Mru Mru udziałem robi furorę w internecie nie tylko w mediach społecznościowych Motoru. Odgrywaliście na nim scenkę z kinowego hitu – Kiler-ów 2-óch. Wyszło znakomicie.

Od razu wyjaśniam, że nie po to mnie ściągano do Lublina (śmiech). Mam swoją wartość udowodnić na torze, a nie w spotach. Marketingowo wyszło jednak fantastycznie za co brawa przy otwartej kurtynie należą się pomysłodawcom. Myślę, że szerokim echem odbił się on nie tylko w Polsce.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje