Reklama

Reklama

Żużel. Koniec z podejrzeniami o oszustwo. Teraz już każdemu odcina prąd

Rok temu w żużlu pojawiły się limitery, a wraz z nimi zarzuty, że zawodnicy oszukują, że korzystają z urządzeń, który pozwalają im na starcie przekraczać dozwoloną liczbę obrotów silnika. Sprawa ucichła wraz z zużyciem się feralnej ubiegłorocznej partii, która była na rynku, a żużlowcy, którzy z niej korzystali, faktycznie mogli sobie pozwolić na więcej.

Reklama

Limitery w tym roku, jak dotąd, nie wywołują tak wielkich emocji, jak w sezonie 2020. Wtedy to była nowość i olbrzymi kłopot dla zawodników, którzy na starcie lubili wkręcać gaz na maksa. Limiter im na to nie pozwalał. Jeśli wcześniej silnik mógł osiągnąć na starcie nawet 15,5 tysiąca obrotów, to nowe urządzenie sprawiło, że obroty odcinało na 13,5 tysiącach. Teoretycznie przekładało się to na gorszy moment startowy.

Reklama

Wielu zawodników początkowo sobie z tym nie radziło. Mówiło się nawet, że kłopoty Bartosza Zmarzlika z początku sezonu 2020 były spowodowane właśnie limiterami. Z czasem Zmarzlik i inni rozwiązali problem. Od razu jednak pojawiły się zarzuty, że niektórzy zrobili to w sposób niezgodny z przepisami, że zaczęli korzystać z limiterów, które nie powodowały odcięcia obrotów na 13,5 tysiącach.

Wadliwa partia

Faktem jest, że rok temu pojawiła się jedna partia limiterów, które nie działały prawidłowo i zgodnie z nowymi zaleceniami. Nie był to jednak efekt oszustwa, lecz błąd producenta. Wielu żużlowców nawet nie wiedziało, że ma wadliwy limiter. Chodzi nam zwłaszcza o tych zawodników, którzy na starcie nie wkręcali gazu na maksa.

Teoria o wielkim oszustwie jednak kwitła. Raz, że limitery nie mają homologacji. Dwa, że ich kontrole wyglądały różnie. Sędziowie niby mieli urządzenia do sprawdzania, ale niektórzy nie wiedzieli, jak z tego skorzystać. Wielu z nich oceniało działanie limiterów na podstawie momentu obrotowego. Jeden z arbitrów przekonuje nas, że sam moment odcięcia, gdy silnik dochodzi do maksymalnych obrotów, słychać bardzo dokładnie i choćby na tej podstawie wiadomo, kto ma limiter spełniający normy.

Metoda na słuch

Rok temu metodą na słuch nie stwierdzono żadnego oszustwa. Wadliwa partia limiterów krążyła jednak na rynku. Tak jak napisaliśmy wcześniej, w wielu przypadkach było tak, że zawodnicy, którzy je mieli, nie dochodzili na starcie do 13 tysięcy obrotów. Ta wada nic więc im w praktyce nie dawała. Tym bardziej że na dystansie silnik nigdy nie wchodzi na takie obroty, jak na starcie, więc tam limiter z ograniczonym zakresem obrotów już nie ma kiedy zadziałać.

Jeden z ekspertów mówi nam, że z prądem w żużlu jest, jak z żarówką. Wkręcisz i nigdy nie wiesz, kiedy się przepali. Limiter jako urządzenie odcinające prąd na wysokich obrotach został już jednak oswojony. O ile na początku silniki niektórych zawodników wariowały i traciły moc (zwłaszcza z wyjścia z łuku), tak teraz te problemy są już tylko złym wspomnieniem. Temat został ogarnięty i jeśli nie zdarzy się nic niespodziewanego, to o limiterach pewnie długo nie usłyszymy, ani nie przeczytamy.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź



Dowiedz się więcej na temat: żużel | Bartosz Zmarzlik | PGE Ekstraliga

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje