Reklama

Reklama

​Żużel. Kluby mówią o zagładzie, ale muszą sobie poradzić bez kibiców. Inne dyscypliny mają gorzej, a działacze nie narzekają

Im bliżej początku sezonu, tym częściej da się usłyszeć głosy z różnych ośrodków, mające dać do zrozumienia, że bez kibiców dyscyplina może nie przetrwać kolejnego sezonu. Da się zauważyć, że tak naprawdę tylko ze środowiska speedwaya dociera tak duża ilość nacisków na powrót fanów. - Jakoś nie słyszałem, by takie rzeczy działy się w piłce nożnej czy skokach narciarskich. Tam po prostu robią, co do nich należy - zauważa Jacek Frątczak.


Reklama

Groźba kolejnego sezonu z co najmniej ograniczoną liczbą kibiców na żużlowych stadionach staje się coraz bardziej realna. Pandemia nie ustępuje, a wprowadzenie szczepionki nie spowoduje, że nagle wszystko wróci do normalności. Już teraz mówi się, że liga, jeśli w ogóle zezwoli na wpuszczenie kibiców, ograniczy ich ilość do 25% wypełnienia stadionu. Należy jednak poważnie brać pod uwagę, że możemy jechać cały sezon lub jego dużą część przy pustych trybunach. Wiele klubów alarmuje, że może być to zagłada dla żużla. Twierdzą, że dyscyplina nie wytrzyma kolejnego takiego roku.

Nie da się ukryć, że cierpi obecnie 99% wszystkich branż, więc imprezy sportowe również. Niemniej jednak organizacja zawodów z kibicami nie należy do spraw najważniejszych. - Posłużę się tak jak kiedyś polskim starym powiedzeniem: "nie szkoda róż, kiedy płoną lasy". Proszę sobie położyć na szali i porównać takie dwie rzeczy: kilkaset osób dziennie umierających na COVID-19 i kilka tysięcy ludzi wchodzących na mecz pierwszej czy drugiej ligi. Zastanówmy się, czy w ogóle te dwie sprawy można ze sobą zestawić - mówi Jacek Frątczak, były menedżer Get Well Toruń i żużlowy ekspert.

Co warte zauważenia, speedway jest bardzo specyficzną dyscypliną sportu i to może grać na jego dużą niekorzyść pod względem odporności na takie sytuacje, z jaką obecnie mamy do czynienia. - Brak kibiców na stadionach to brak najważniejszego ogniwa w sporcie i to jest rzecz jasna dla wszystkich. Ale najpierw musi przetrwać sport jako rywalizacja, a dopiero później możemy mówić o kibicach. Żużel nie jest sportem z zakresu tak zwanej kultury fizycznej, tak jak lekkoatletyka na przykład. Już nawet z tego powodu będzie mu trudniej przetrwać te trudne czasy.

Jacek Frątczak zwraca uwagę na istotną rzecz. Świat sportu funkcjonuje w tymczasowej nowej normalności i nie słychać nacisków na powrót fanów w innych dyscyplinach. - Odbywają się różne imprezy sportowe, gra Liga Mistrzów, rywalizują skoczkowie narciarscy. Mieli jedne mistrzostwa świata, za chwilę będą kolejne. Oni po prostu robią swoje. I jakoś nie słychać sygnałów, że ktoś mówi o zagładzie dla dyscypliny. Takie głosy słychać tylko z żużla. Jak nie wpuścicie kibiców, to my upadniemy. Mało tego, z tego co mi wiadomo, to pieniądze w skokach są trochę inne niż w żużlu. Nie słyszałem, by ktokolwiek narzekał, że nie ma za co żyć. Oczywiste jest, że każdy chciałby powrotu kibiców i skakanie przy pustych trybunach jest bez sensu. Ale tylko to można zrobić. To wybór mniejszego zła - zakończył.

Być może właśnie sezon 2021 pokaże prawdziwe oblicze żużla. Już niejeden raz mówiło się, że ta dyscyplina to w wielu przypadkach domek z kart i tak naprawdę niewiele trzeba, by dany ośrodek popadł w duże tarapaty finansowe. Kluby podpisały wiele kontraktów w oparciu o wpływy z biletów i założyły obecność kibiców na trybunach. Zapomniały jednak, że tych może w ogóle nie być. I jeśli nie mają przygotowanych pieniędzy dla zawodników, to rzeczywiście możemy spodziewać się zagłady.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje