Reklama

Reklama

Żużel. Kiedyś to było. Ryszard Franczyszyn: Tak narozrabialiśmy, że rodzice musieli nas ratować

- Kiedyś zapomniałem na zawody wielu potrzebnych rzeczy. Nie wziąłem butów i kevlaru. Bardzo się wystraszyłem. Nagle okazało się, że to tylko sen. Obudziłem się - opowiada nam były zawodnik Stali Gorzów, a później również trener żużlowy. Choć na torach spędził dwadzieścia lat, podobna historia nigdy nie przydarzyła mu się w realnym życiu.

Ryszard Franczyszyn jest wychowankiem Stali, w barwach której odnosił największe żużlowe sukcesy. Jest czterokrotnym medalistą DMP: złotym 1983, srebrnym 1984, 1993 oraz brązowym 1987. Ponadto mnóstwo medali z MPPK, MDMP czy MMPPK. Wygrywał Srebrny i Brązowy Kask. Oprócz Stali, reprezentował również Start Gniezno, Śląsk Świętochłowice i WKM Gwardię Warszawa. Karierę zakończył w 2001 roku. Potem był również trenerem. Ostatnio pracował w Polonii Bydgoszcz, której w 2019 roku pomógł awansować do 1. Ligi.

Jak się okazuje, karą dla zawodnika za niewłaściwe zachowanie nie zawsze musi być wykluczenie. Czasami za przewinienie dostaje się  "bana" na... jedzenie. - To był może mój drugi sezon startów, bardzo dawno temu. Byliśmy na zgrupowaniu w Rumunii. Z kolegami trochę za późno wróciliśmy do hotelu. Za karę zabrali nam tzw. kartki żywnościowe, na cukier i tego typu rzecz. Wróciliśmy do Polski i rodzice musieli nas wyżywić - śmieje się były zawodnik, dodając że we wspomnianym hotelu pojawił się wraz z towarzyszami po godzinie 22:00. 

Reklama

Rywale pomogli wygrać

Każdy żużlowiec na zawsze zapamięta swój pierwszy wygrany bieg. Ryszard Franczyszyn zrobił to w niezwykle nietypowy sposób, będąc początkującym młodzieżowcem. W zasadzie to ten bieg pomogli mu wygrać przeciwnicy, którzy jadąc przed nim zaczęli seryjnie odpadać z rywalizacji. - Jechałem czwarty, a na mecie byłem pierwszy. Jeden zdefektował, po chwili drugi też. Trzeci z kolei się przewrócił. De facto rywale pomogli mi wygrać pierwszy bieg w życiu - tłumaczy. 

Większość zawodników miała sytuacje, w których na zawody pojechała bez ważnego elementu wyposażenia albo tenże element został zgubiony przed ich rozpoczęciem. Ryszard Franczyszyn akurat takiej przygody nie miał, ale spotkało go coś podobnego. - Ja za to kiedyś zgubiłem gogle. I to podczas biegu. Była mocna szpryca i musiałem je zdjąć, bo niczego nie widziałem. Nie utrzymałem ich w ręce i poleciały gdzieś - kończy. 




Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje