Reklama

Reklama

Żużel. Kiedyś to było. Jan Krzystyniak: Zapomniałem opon na zawody, a szampan kosztował mnie półroczną pensję

W trakcie swojej kariery Jan Krzystyniak miał mnóstwo ciekawych przygód, którymi zgodził się z nami podzielić. Jako młody chłopak podróżował na zawody razem z motocyklami, a czasem zdarzało mu się... zapomnieć opon. Wypił też prawdopodobnie najdroższego szampana w swoim życiu, którego cena ścięła go z nóg.

Jan Krzystyniak to dziewięciokrotny mistrz Polski w różnych kategoriach. Wygrywał również takie turnieje, jak Złoty Kask, Łańcuch Herbowy, memoriały: Alfreda Smoczyka, Eugeniusza Nazimka, Bronisława Idzikowskiego i Marka Czernego. W swojej karierze reprezentował kluby z Zielonej Góry, Leszna, Rzeszowa, Piły i Ostrowa Wielkopolskiego. Gdy zjechał z toru, zajął się pracą trenera, obecnie udziela się jako żużlowy ekspert.

Remont Żuka na środku drogi

- To był wyjazd na ćwierćfinał IMP do Rzeszowa. Połowa marca 1979 roku. Między Zieloną Górą a stolicą Podkarpacia odległość 600 km. Na te zawody powołano doświadczonego już wówczas śp. Jana Grabowskiego oraz mnie, młodego chłopaka. Była to wówczas dla mnie wielka nobilitacja. Kilkuset zawodników, a wybrano mnie. Na te zawody jechaliśmy klasycznym, pamiętnym Żukiem - śmieje się Jan Krzystyniak. - Jasiu obok kierowcy, a ja z tyłu razem z motocyklami, na drewnianej desce opartej o dwa pustaki. Na jednej z dziur kierownica motocykla uderzyła mnie w tył głowy. Do dziś mam po tym "pamiątkę". To jednak nie był koniec przygody, a dopiero jej początek - słyszymy.

Reklama

Jak się okazuje, auto żużlowców odmówiło posłuszeństwa. - Koło Bochni nasz Żuk się zepsuł. To była godzina 1:30 w nocy, a do Rzeszowa jeszcze spory kawałek. Tragedia, co teraz zrobić? Tak więc nasza trójka: kierowca, Jasiu Grabowski i ja, robiliśmy kapitalny remont tego auta na środku drogi, w nocy praktycznie jeszcze późną zimą. Okazało się, że poszło łożysko. Całe szczęście, że wówczas w Bochni był PKS, a tam przy autobusach pracowano w nocy. Założyli nam łożysko i wałek rozrządu. Udało się - opisuje wyraźnie rozbawiony.

Opony? A komu to potrzebne?

- Rok 1985. Bardzo mocno obsadzony turniej w Austrii. Najlepsi wówczas zawodnicy tamtych czasów. GKSŻ wskazała między innymi mnie. Przed zawodami był trening, żeby każdy się zapoznał z torem i przygotował do zawodów. Oczywiście podczas tych próbnych jazd mieliśmy pozakładane stare, używane opony, bo tak zawsze się robiło. Przejechałem sporo okrążeń, a potem poszedłem zadowolony do samochodu po nowe opony. Otwieram, a tam nie ma opon. Zapomniałem zabrać. Zostałem na lodzie. Polaka oczywiście nie było wówczas stać na nową oponę w obcym kraju. Stałem tak z tymi dwiema łysymi z treningu. Postanowiłem pojechać, bo nie chciałem się wycofać - opowiada. 

Co więc zrobił Jan Krzystyniak? - Poszedłem po porządny nóż i zacząłem nacinać oponę, żeby coś jeszcze z niej wyciągnąć. Na moje szczęście tor był praktycznie jak asfalt przez całe zawody, ani razu nie wyjechał ciągnik. Wygrywałem bieg za biegiem na łysych oponach. O tym, na czym jadę, wiedzieli tylko moi koledzy i kierownik drużyny. Reszta stawki miała takie "nówki", że aż się świeciły. Na koniec zaliczyłem defekt, a była szansa wygrać. Zjechałem do parku maszyn pewny, że przegrałem. Pakuję się do samochodu, a nagle przybiega działacz z gratulacjami. Zapytałem go, o czym on mówi. Okazało się, że największych rywali pokonałem w bezpośrednim pojedynku. Wygrałem te zawody - wspomina. 

Najdroższy szampan w życiu

Jeszcze ciekawsza historia wydarzyła się po wspomnianych zawodach w Austrii. - Wracaliśmy do hotelu, a chłopaki do mnie, że oni po takim turnieju to by szampana kupili. Zajechaliśmy tam, ubraliśmy ładnie i wykąpaliśmy. Poszliśmy na dyskotekę. Niesamowicie wypełniony bufet, skórzane fotele, pełna "profeska" jak to się mówi. Przyszła kelnerka, więc poprosiłem o tego szampana. Niewielka dawka, może pół litra. Przyniosła, postawiła na stole. Ludzie wokół dziwnie nas obserwowali, aż zapytałem kolegów, czy może mam coś na twarzy, bo zazwyczaj tak nikt na mnie nie patrzy. Po chwili dowiedziałem się, z czego wynikało ich zdziwienie. A dokładniej, to gdy przyszło do zapłaty - tajemniczo mówi były żużlowiec. 

- Wyciągnąłem 200 szylingów, ale kelnerka miała jakieś obiekcje. Ja nie rozumiałem o co jej chodzi. Dołożyłem jeszcze sto. Wydarła się wniebogłosy. Kazałem więc napisać na kartce cenę. W tym momencie zdębiałem. 1179 szylingów. To był oryginalny szampan z Szampanii. Półroczna pensja Polaka. Uzbierałem tę kwotę z jakichś resztek oraz z mojego zarobku za punkty na zawodach. Po tym zakupie, wystarczyło nam jeszcze na piwo. Poszliśmy do pokoju i załamani położyliśmy się spać - kończy ze śmiechem Jan Krzystyniak. 




Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje