Reklama

Reklama

​Żużel. Kiedyś sukcesów zazdrościła im cała Polska. Dzisiaj Unia Tarnów jest na skraju upadku

Unia Tarnów to jeden z najbardziej utytułowanych klubów XXI wieku. Jeszcze do niedawna drużyna seryjnie zdobywała medale w PGE Ekstralidze i siała postrach w całej żużlowej Polsce. Aż trudno pomyśleć, że dzisiaj klub jest na skraju upadku, bankructwa i wita się z najniższym szczeblem ligowych rozgrywek.

Inne kluby o Gollobie i Rickardssonie mogły tylko pomarzyć. Unia ich miała


Nie zawsze w ostatnich dwudziestu lat działo się dobrze wokół Unii Tarnów, ale klub zazwyczaj wychodził suchą stopą z wszelkich problemów. Te schodziły na boczny tor, bo wszystko przykrywała fala wielkich sukcesów. Piękna historia tej drużyny zaczęła pisać się w 2004 roku. Wtedy w zespole ówczesnego beniaminka Ekstraligi startowali bracia Tomasza i Jacek Gollobowie oraz Tony Rickardsson. Będąc bardziej precyzyjnym - najlepszy żużlowiec świata oraz Polski. Było to możliwe, dzięki wielkiej kasie i wsparciu finansowemu Rafinerii Trzebinia - głównego sponsora klubu.

Reklama

Fala sukcesu i entuzjazmu poniosła zespół do dwóch tytułów Drużynowego Mistrza Polski - w 2004 i 2005 roku. Poza silnymi liderami, Unia miała także całe grono wychowanków oraz świetnie rokujących juniorów - Janusza Kołodzieja i Marcina Rempałę. Stadion przy okazji każdego meczu wypełniał się dosłownie po brzegi. Na pamiętnym finale rozgrywek w sezonie 2004 między Unią a Spartą Wrocław był nadkomplet 20 tysięcy widzów.

To jeden z najpiękniejszych rozdziałów w historii tego klubu. Unia stawiana była jako wzór zarządzania oraz synonim sukcesu. Bo kto inny w tamtych czasach mógłby pozwolić sobie na ściągnięcie do drużyny samego Tomasza Golloba, którego odejście z Polonii Bydgoszcz nie wyobrażał sobie nikt? Ale wszystko co dobre, szybko się kończy. Później przyszło kilka słabszych sezonów. Lata 2006, 2007 i 2008 jeszcze w Ekstralidze, jednak z każdym rokiem z coraz gorszym skutkiem. Jednak na ponowne tłuste lata długo nie trzeba było czekać.

Kolejna złota era Unii Tarnów

Sezon 2009 drużyna spędziła na zapleczu Ekstraligi, ale ten stan nie potrwał długo. Dzięki wsparciu Grupy Azoty ponownie odżyły nadzieje na lepsze jutro. Kolejne sukcesy przyszły jednak "dopiero" w 2012 roku. Władze chemicznego potentata zainwestowały we współpracę z żużlową spółka rekordowe pieniądze. To pozwoliło ponownie zbudować skład złożony z największych gwiazd żużla. Unia znów miała u siebie żużlowego mistrza świata Grega Hancocka. Był też najlepszy polski junior Maciej Janowski, najlepszy w historii wychowanek Janusz Kołodziej oraz zawodnicy, którzy dzisiaj odgrywają pierwsze skrzypce w światowym żużlu, czyli Martin Vaculik i Leon Madsen.

Na trybuny znów wróciły tłumy, a wokół klubu zapanował entuzjazm. Tyle, że już wtedy zaczęły pojawiać się niepokojące symptomy, które powodowały obawy o przyszłość. Niemal rok rocznie spekulowało się o problemach finansowych klubu. Wszelkie zaległości zazwyczaj były jednak regulowane przez Grupę Azoty, choć ten stan rzeczy nie wszystkich uspokajał. - Unia musi wykorzystać sukces, aby go odpowiednio skonsumować. Pozyskać nowych sponsorów, stworzyć klimat i modę na żużel w Tarnowie - mówił wtedy ówczesny trener drużyny Marek Cieślak.

Szkoleniowiec okazał się prorokiem, bo Unia od pamiętnego sezonu 2012 znów zaczęła zjazd w dół. Głównie w sensie organizacyjnym i siły drużyny, bo wyniki nadal się zgadzały. Cieślak z Unii odszedł po sezonie w 2014, kiedy tarnowianie byli o krok od wywalczenia kolejnego złota. Z klubem rozstał się w atmosferze sporu z prezesem Łukaszem Sadym. - Moje obawy się potwierdziły. W klubie wiele rzeczy nie funkcjonuje prawidłowo. Stracono czas na odpowiednie wykorzystanie sukcesów - puentował trener żegnając się z Tarnowem.

Zresztą Cieślak nie był jedyną osobą, która wypowiadała się w podobnym tonie. - Wszyscy w Tarnowie jeszcze zatęsknią za tymi czasami - dorzucał od siebie Krzysztof Cegielski, który również widział postępujący marazm. Bo wyniki drużyny może się zgadzały (brązowe medale w latach 2013, 2014 i 2015), ale Grupa Azoty coraz głośniej groziła palcem, że potrzebni są nowi sponsorzy, którzy pomogą utrzymać klubu. Prezes Łukasz Sady powtarzał z kolei jak mantrę, że nowych darczyńców nie da się pozyskać. W myśl klasyka - "taki mamy klimat". Do tego wszystkiego z czasem zaczął nawarstwiać się problem remontu stadionu, który coraz bardziej odbiegał od norm narzucanych przez PGE Ekstraligę. Katastrofa wisiała w powietrzu.

Unia Tarnów posypała się jak domek z kart

Szczęście prezesa Łukasza Sadego i przyklaskującej mu Rady Nadzorczej kiedyś musiało się skończyć. Rolowanie długów, bierność w działaniu, brak nowych sponsorów z roku na rok coraz bardziej doskwierało klubowi. Sezon 2018 był ostatnim, który tarnowianie spędzili w PGE Ekstralidze. Sam spadek nie był najgorszą informacją. Wcześniej przecież zdarzały się takie sytuacje. Tym razem jednak nikt nie mówił już o walce o awans. Unia popadła w bylejakość. Cała ta maszynka jakoś się kręciła dzięki pieniądzom z Grupy Azoty. Długi były na porządku dziennym, a stadionu nowego jak nie było, tak nie było widać.

Po drodze szefowie klubu skłócili się ze wszystkimi, którzy odważyli się powiedzieć na nich złe słowo. Odeszli najlepsi wychowankowie - Janusz Kołodziej i Jakub Jamróg. Plecy pokazali wieloletni sponsorzy. Na bruk wyrzucono oddanego mechanika Sławomira Troninę, a niemile widziani na stadionie okazali się byli zawodnicy Unii z Marianem Wardzałą na czele. Z czasem trybuny zaczęły świecić pustkami, a gwoździem do trumny okazała się pandemia, która jeszcze bardziej skomplikowała sytuację klubu.

Dziś obraz Unii Tarnów, jeszcze w okresie przysłowiowej bitwy, wygląda dramatycznie. Drużyna jest pewna spadku na najniższy poziom rozgrywek żużlowych w Polsce, a co gorsza nie można wykluczyć, że zbliża się rychły koniec tego klubu.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje