Reklama

Reklama

Żużel. Kiedyś piwo, cola, chipsy i kiełbasy ze stadionowej budki. Teraz liczą każdy gram

Zmierzający ku pełnemu profesjonalizmowi świat sportu wymusza co jakiś czas zmiany w nawykach codziennych u przedstawicieli danych dyscyplin. Nie inaczej jest z żużlem, gdzie wielu zawodników bardzo skrupulatnie przygotowuje sobie posiłki (lub ma je przygotowywane) i pilnuje swojej wagi. Jak w 2021 roku pomyślimy, że niegdyś Tomasz Gollob lubił sobie w trakcie zawodów zjeść kiełbasę z budki na stadionie, to aż trudno w to uwierzyć.

Dawniej całkiem duża część żużlowców w ogóle nie przywiązywała wagi do tego, co je, jak je i ile je. W zasadzie coś takiego, jak odpowiednia dieta nie istniała, bo też czasy były zupełnie inne. Świadomość wpływu żywienia na życie codziennie nie była zbyt duża i sądzono, że najlepiej będzie, jak każdy zje to, na co ma ochotę. I tak widywaliśmy zawodników jedzących fast foody, zapiekanki, marnej jakości gotowe potrawy do odgrzania itd. Spora część jawnie paliła papierosy, co uwieczniono na wielu zdjęciach z wcale nie tak odległych czasów. Robili to także w parku maszyn i chyba nie trzeba pisać, jak kolosalne było to dla wszystkich zagrożenie, biorąc pod uwagę substancje wokół nich.

Reklama

Jest kilka przypadków żużlowców, którzy słynęli ze swoich specyficznych, niezbyt sportowych nawyków żywieniowych. Dla Henrika Gustafssona mecz bez piwa to nie był mecz. Widok Szweda siedzącego w bydgoskim parku maszyn po zawodach z puszką ręce należał do całkowicie normalnych. Lubił sobie też zapalić i pójść na imprezę. Zwłaszcza z Jackiem Gollobem. Gdy wymieniona dwójka omawiała plany na wieczór, młodszy z braci Gollobów jadł kiełbasę ze stadionowej budki. Tomasz czasem miewał ochotę na takie rzeczy. Jak nietrudno się domyślić, był to wyrób delikatnie mówiąc, nie najwyższej jakości. Takie jednak były czasy.



Kibice i działacze w Zielonej Górze do dziś wspominają szok, w jaki wprawił ich Billy Janniro, gdy po raz pierwszy przyjechał na mecz do Polski. Wpisywał się w stereotyp typowego Amerykanina. Przed zawodami wyjął colę i chipsy, tak po prostu, jakby nigdy nic. Zresztą chipsy lubi wielu zawodników do dziś o ile jedzą je z umiarem, nie ma w tym niczego złego. Jeden z zeszłorocznych żużlowców Abramczyk Polonii miał zawsze w busie zapas paczek swoich ulubionych chipsów, którymi chętnie częstował nawet kibiców. Inna sprawa, że jego wyniki sportowe były kiepskie, więc być może należałoby jednak z pewnych przyzwyczajeń zrezygnować lub przynajmniej je ograniczyć.

Obecne czasy wymuszają na zawodnikach zmianę nawyków. Jest część takich, którzy nie jedzą mięsa (Wiktor Lampart). Inni z kolei mówią, że życia bez mięsa sobie nie wyobrażają. Zdarza się, że żużlowcy mają swoich dietetyków, którzy dbają o ich żywienie. Coraz większy nacisk kładzie się na wagę. Zawodnik generalnie ma być możliwie jak najlżejszy, ale nie można też przesadzić. Wie coś o tym Janusz Kołodziej, który kilka lat temu odchudził się do tego stopnia, że nie miał sił utrzymać kierownicy i prawie spadał z motocykla. Wszystko należy robić z umiarem, nawet jeśli ma to być korzystne dla zdrowia.

Oczywiście żużlowcy to tylko ludzie i też mają prawo do poddania się pokusie czy pójścia na imprezę. Muszą jednak pamiętać, że to może odbić się na ich formie, choć nie w każdym przypadku. Większość kibiców pamięta bowiem, jaki tryb życia prowadził Darcy Ward i jakie potem robił wyniki. To było zresztą dużym kłopotem dla toruńskich działaczy. - Za co tu mieć do niego pretensje, skoro po takiej nocy wsiada i robi czternaście punktów? - pytano. Australijczyk był jednak perłą i jednym z największych talentów w XXI wieku. U zdecydowanej większości zawodników zakrapiana noc bezpośrednio przełoży się na słaby wynik w zawodach. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź



Dowiedz się więcej na temat: żużel | Wiktor Lampart

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje