Reklama

Reklama

Żużel. Kiedyś jeździł przez cały tydzień, teraz ma dziesięć spotkań w trzy miesiące. Co dalej z karierą Batchelora?

Już w zeszłym roku Troy Batchelor narzekał, że nigdy w karierze nie miał aż tak małej ilości imprez w sezonie. Australijczyk nie mógł łączyć ze sobą kilku lig, bo wiele rozgrywek zwyczajnie nie wystartowało. Teraz co prawda wrócił do jazdy w Anglii, ale co mu po tym. W Polsce klubu nie ma. Z samej jazdy na wyspach raczej nie wyżyje. Dla tego typu żużlowca oznacza to być może powolny, sportowy koniec.

Batchelor zawsze był jednym z najbardziej zapracowanych zawodników w sezonie żużlowym. Jeździł w zasadzie, gdzie tylko się dało. Regularnie zaliczał ponad sto imprez w roku, przy czym połowę stanowiły występy w Anglii. Miał jednak także kluby w lidze polskiej. Zaczął od Unii Leszno, gdzie po raz pierwszy dostrzeżono nad Wisłą jego talent. Potem przeniósł się na dwa lata do Wrocławia. Przeżywał wówczas najlepszy okres w swojej karierze. Jeździł w cyklu Grand Prix. Nie był co prawda postacią pierwszoplanową, ale dwa razy stanął na podium - w Kopenhadze 2014 (2. miejsce) i Daugavpils 2015 (3. miejsce). W Danii był o włos od zwycięstwa - jechał kosmiczne zawody, przegrywając dopiero finał z Nielsem-Kristianem Iversenem.

Reklama

34-latek z Australii to typ zawodnika, który rozkręca się w miarę upływu sezonu. Im więcej ma imprez, tym lepiej jedzie. Tak było zarówno podczas jego jazdy dla ROW-u Rybnik (2015-16), jak i dla Wybrzeża Gdańsk (2017). Można było śmiało zaryzykować stwierdzenie, że Troy wedle wszelkiego prawdopodobieństwa będzie nierówny wiosną i wczesnym latem, ale gdy pojawi się jego ulubiona możliwość jazdy 5-6 dni w tygodniu, to odpali. O tej tendencji wiedzieli wszyscy i choć Batchelor miewał fatalne występy u progu sezonu, każdy wiedział, czym to było spowodowane. Podobnym przypadkiem przed laty był inny Australijczyk, Todd Wiltshire.

Rytm meczowy przestał istnieć

Gdy światem zawładnęło szaleństwo związane z pandemią COVID-19, wielu zawodników straciło możliwość budowania swojej formy poprzez sposób wcześniej bardzo dobrze im służący, czyli tzw. metodę startową. Jednym z najbardziej stratnych w tej sytuacji był właśnie Batchelor, który w szczycie sezonu potrafił objeżdżać 8 meczów w 10 dni, na terenie pięciu czy sześciu krajów. Sezon 2020 okazał się dla niego katastrofą, bo w Rybniku nie traktowano go poważnie, a w Anglii liga w ogóle nie ruszyła. Pod koniec rozgrywek zaczepił się w desperacko poszukującej wzmocnień Abramczyk Polonii. Dwa mecze pojechał nieźle, ale furory nie zrobił.

W bieżącym roku Batchelor jeździ w zasadzie tylko w Anglii. Reprezentuje barwy Sheffield Tigers, gdzie nie dość że jedzie kiepsko, to jeszcze zarobki ma marne. Od lat tamtejsza liga nie ma już takiej renomy, jak wcześniej i w dużym stopniu ma to związek z małymi pieniędzmi, jakie się tam kasuje. Batchelor od czerwca odjechał... dziesięć spotkań. Dla takiego żużlowca to katastrofa. Kto wie, czy za chwilę nie podejmie decyzji o zakończeniu kariery. W obecnych realiach to dla niego narażanie życia za półdarmo.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje