Reklama

Reklama

Żużel. Kamil Pulczyński zasnął i już się nie obudził. Miał talent, ale trafił na Darcy'ego Warda

Informacja o śmierci 28-letniego byłego zawodnika Unibaksu Toruń wstrząsnęła światem żużla. Kamil Pulczyński, choć jeździł dość krótko, zdążył znaleźć sobie wielu przyjaciół, był osobą lubianą. - To naprawdę był wielki talent - przekonuje Mirosław Kowalik. Jacek Gajewski zauważa z kolei, że zarówno Kamil, jak i Emil Pulczyńscy trafili do żużla w pechowym momencie.

W piątek rano toruński klub podał wiadomość o nagłej śmierci swojego byłego zawodnika. Kamil Pulczyński położył się w czwartek spać, a dzień później po prostu się nie obudził. Zawał serca u tak młodego człowieka, nawet mającego problemy kardiologiczne, to rzecz niemieszcząca się w głowie. Część kibiców weryfikowała tę informację w kilku innych źródłach, bowiem umierający nagle 28-latek to sprawa mrożąca krew w żyłach.

Reklama

Choć jeździł na żużlu niezbyt długo, to w odczuciu wielu osób, nie tylko ze środowiska toruńskiego, dał się poznać jako grzeczny, choć często nieco wycofany chłopak. - Dla mnie to po prostu szok. Bardzo osobiście to odbieram, bo blisko współpracowaliśmy w trakcie jego kariery. Nie mogę w to uwierzyć. Fajny, spokojny chłopak. Zmarł w wieku 28 lat, co jest po prostu tragedią. Nawet nie wiem, co można w takiej sytuacji powiedzieć - mówi nam wyraźnie przybity Mirosław Kowalik, który miał styczność z braćmi Pulczyńskimi, gdy jeszcze jeździli w Toruniu.

W odczuciu wielu obserwatorów Emil i Kamil mieli pecha. Polegał on na tym, że trafili do żużla w niefartownym momencie, gdy jeszcze dozwolone było wystawianie na juniorskiej pozycji zawodnika zagranicznego. To blokowało kariery wielu młodych, utalentowanych Polaków. W Toruniu było szczególnie trudno, bowiem był Darcy Ward, który już jako nastolatek aspirował do miana wschodzącej gwiazdy światowego żużla. Rywalizacja z nim wydawała się swego rodzaju mission impossible.

Być lepszym od Darcy'ego było niezwykle trudno. Faktycznie trafili do tego sportu w niech pechowym momencie. Co do Kamila, to później jeszcze próbował jeździć w innych klubach, ale jakoś to wszystko potoczyło się w złym kierunku. Dołączył do grona zawodników, którzy mieli kłopoty po zakończeniu wieku juniora. A potencjał naprawdę miał - uważa z kolei Jacek Gajewski, były menedżer toruńskiego klubu.

Kamil Pulczyński miał jeden tor, na którym spisywał się jeszcze lepiej niż na własnym. To był obiekt w Bydgoszczy, gdzie, ilekroć przyjeżdżał, pokonywał nawet czołowych żużlowców Polonii. Wystarczy wspomnieć mecz derbowy z 2013 roku, kiedy to zdobył z bonusami osiem punktów i walnie przyczynił się do wysokiego zwycięstwa, pokonując Buczkowskiego czy Łoktajewa. - To był naprawdę wielki talent. Szkoda, że tak szybko porzucił żużel. Miał swoje powody, ale to już temat na inną rozmowę. Nie mogę po prostu zrozumieć, jak to możliwe, że umiera tak młody człowiek. Zapamiętam Kamila jako naprawdę świetnego chłopaka - kończy Kowalik.

Choć Kamil Pulczyński próbował swoich sił w speedwayu dłużej niż jego brat, obaj po latach byli oceniania jako zmarnowane talenty. Kamil jednak starał się cały czas być aktywnym w środowisku, pracował jako mechanik u gwiazd: Jasona Doyle'a i Fredrika Lindgrena, którzy zresztą pożegnali go w mediach społecznościowych. - Niewiarygodne, jak okrutne potrafi czasami być życie! Spoczywaj w pokoju, kolego. Dziękuję Ci za wszystko, co dla mnie zrobiłeś - napisał

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje