Reklama

Reklama

Żużel. Kacper Gomólski: Możliwe, że miałem koronawirusa przed pacjentem "zero''. Nie byłem w stanie zwlec się z łóżka (wywiad)

- Pod koniec lutego ubiegłego roku wyjechaliśmy z paczką przyjaciół do Londynu na mecz europejskich pucharów - Arsenal - Olympiakos Pireus. Dokładnie po tym spotkaniu na jaw wyszła informacja, że zakaził się trener gospodarzy Mikel Arteta. Znajomi, z którymi się udałem do stolicy Anglii, po przylocie do Polski też zachorowali. W połowie lutego rozłożyło z kolei mnie - opowiada w rozmowie z Inerią zawodnik ROW-u Rybnik Kacper Gomólski.


Kamil Hynek, Interia: Poprzedni sezon daleki był od idealnych. Pewnie szybko chciałbyś o nim zapomnieć. Ale pytanie będzie inne. Nie zasiedziałeś się w Gdańsku?

Kacper Gomólski, zawodnik ROW-u Rybnik: Nie uważam, aby okres, który spędziłem w Zdunek Wybrzeżu był stracony. Miło będę wspominał to miejsce. Czasami po prostu tak bywa, że zdarzają się grosze okresy. Mam swoje przemyślenia, czemu ostatnio było mocno średnio, ale wolę je zostawić dla siebie. Mam nadzieję, że w tym roku będzie lepiej.

W końcówce sezonu pożyczyłeś silniki od Krzysztofa Buczkowskigo i trzeba przyznać, że zaczęło to wyglądać całkiem nieźle. Wina niepowodzeń leżała w sprzęcie?

Reklama

Nie będę zwalał wszystkiego na "szafy". To by było zbyt duże spłycenie problemu. Nie mogłem trafić z przełożeniami, często błądziłem z ustawieniami. W trakcie meczu w Tarnowie np. miałem przy sobie człowieka z teamu Krzyśka, który otworzył mi oczy na wiele detali. Jego pomoc okazała się znacząca.

W takim razie nie robisz rewolucji w swoim parku maszyn?

Stary sprzęt nie idzie na śmietnik. Te silniki naprawdę nie były złe, bardziej skłaniałbym się w stronę przestrzelonych decyzji wewnątrz teamu. Nie umiałem postawić na swoim, sugerowałem się opinią osoby, która zajmowała się moimi motocyklami. Zmiany jednak będą, bo muszą. Przewietrzę warsztat, ale na pewno zostawię sobie też najlepsze silniki spośród tych z poprzednich lat.

Zmieniasz team?

Nie jest tajemnicą, że mój mechanik został menedżerem ekipy z Gdańska więc, to naturalne, że trzeba było poszukać ludzi do zespołu. Nawiązałem także współpracę z nowym tunerem.

W Gdańsku miewałeś wzloty i upadki. Zdarzało się, że gdy wpadałeś w głęboki dół, totalnie nie szło, a twoje starania nie przynosiły żadnego efektu, nachodziły cię myśli na zasadzie, że może ja się do tego nie nadaję i lepiej dać sobie spokój z żużlem?

Parę razy przemknęło mi przez głowę, że jeśli dalej mam odstawiać taką popelinę, to chyba lepiej będzie obrać inną drogę życiową. Na szczęście oprócz rodziny mam przy sobie jeszcze zaufane grono bliskich znajomych, sponsorów. Oni nigdy nie stracili we mnie wiary i błyskawicznie postawili mnie do pionu. Wyjaśnili dosadnie, że największym błędem byłoby się poddać właśnie teraz. Prosili żebym tego nie robił, ponieważ mógłbym swojej decyzji mocno żałować. Mam wobec nich dług wdzięczności. Pragnę też udowodnić tym, którzy mnie skreślili, iż nadal jestem wartościowym zawodnikiem. Mam nadzieję że ten, kto myśli, iż Gomólski się skończył, jeszcze grubo się zdziwi.

Nakładasz na siebie presję, że jak teraz nie odpalisz, to ciężko będzie ponownie rozwinąć skrzydła?

U mnie jest odwrotnie. Dawno nie byłem tak pozytywnie nakręcony. Wcześnie faktycznie nieźle się pompowałem. Zakładałem plecak dużych oczekiwań i on mnie delikatnie przytłaczał. Nigdy jednak nie ściągnął całkiem do ziemi. Wychodzę bowiem z założenia, że jeżeli ktoś nie trzyma ciśnienia powinien skończyć z czarnym sportem.

Żałujesz jakiegoś ruchu w swojej przygodzie z żużlem? Mądrzejszy o aktualną wiedzę zrobiłbyś coś inaczej?

Nie lubię się użalać nad sobą, ale gdybym mógł cofnąć czas, inaczej rozegrałbym jeden sezon. Bez podawania nazwisk, zawiodłem się na kilku osobach. Najpierw odwrócili kota ogonem, potem zrobili ze mnie kozła ofiarnego, by na końcu umyć ręce.

W sezonie 2021 otwierasz nowy rozdział. Podpisałeś kontrakt z ROW-em Rybnik, gdzie trenerem będzie twój dobry znajomy z Tarnowa - Marek Cieślak. Zdobywaliście razem tytuł DMP 2012. Po kilku latach przerwy znów będziecie razem pracować. On był tym głównym magnesem, który cię przyciągnął do spadkowicza z PGE Ekstraligi?

Przy tym szkoleniowcu systematycznie rosłem z roku na rok i przy nim najbardziej się rozwinąłem. Miałem ogromny wpływ na mój rozwój i t to jasne, że z trenerem Cieślakiem wiążą mnie wyłącznie dobre wspomnienia. On jest nadzieją na lepsze jutro. Odpowiada mi jego podejście do zawodników. Potrafił zbudować i bez czarodziejskiej różdżki odmienić wielu żużlowców. Jestem przekonany, że zgodziliby się ze mną choćby Artiom Łaguta, czy Leon Madsen.

Jak usłyszałeś o zainteresowaniu ROW-u, z miejsca pozamykałeś inne tematy?

To dość zabawne, ale na początku nawet ROW nie wchodził w grę. Sporo wody upłynęło w Wiśle, zanim Rybnik zwrócił na mnie uwagę. Wyjątkowo nie spieszyłem się w tym okienku z podjęciem decyzji i wyszło na to, że cierpliwość popłaca.

Otrzymałeś ofertę z Opola. Nie skorzystałeś. 2. Ligę traktowałeś jak ostatnią deskę ratunku?

Gdyby nie udało się załapać do klubu z eWinner 1. Ligi pewnie poważnie rozważyłbym zejście niżej. W Kolejarzu nie powinni być jednak na mnie źli. Nikomu nic nie obiecywałem i nikogo nie zwodziłem za nos. Czarno na białym zakomunikowałem, że priorytetem jest dla mnie pozostanie na zapleczu PGE Ekstraligi.

Działacze z Gdańska wzięli cię na stronę i oznajmili wprost, że nie uwzględniają w planach na nowe rozgrywki?

Wolałbym nie drążyć tego drażliwego wątku. Lepiej ugryźć się w język i nie powiedzieć nic, niż niepotrzebnie za dużo chlapnąć. Najdelikatniej rzecz ujmując, nie dostałem oficjalnej wiadomości, że Wybrzeże ze mnie rezygnuje. .

Podobno, że nie ma dla ciebie miejsca w Gdańsku dowidziałeś się z internetu?

No właśnie.

W Rybniku oprócz Cieślaka spotkasz również wyrazistego prezesa. Krzysztof Mrozek lubi wytykać błędy zawodnikom. Nie będzie ci to przeszkadzać?

Zdarzało się już, że szefowie, właściciele klubów wchodzili do parkingu, więc prezes Mrozek nie był prekursorem w tej materii. Najważniejsze, żeby każdy pilnował swoich działek i wiedział za co odpowiada. To zrozumiałem, że prezes Mrozek jak przystało na człowieka, który nas zatrudnia, ma wymagania. Drużynę powierzył jednak Markowi Cieślakowi i wydaje mi się, że słowo menedżera będzie święte.

Pochodzisz z Gniezna. Oskar Fajfer, który podobnie jak ty jest wychowankiem Startu, a ma za sobą parę sezonów w Gdańsku wrócił stosunkowo niedawno do domu i wyraźnie tam odżył. Nie biłeś się z myślami, że skoro jemu się udało, to może warto odezwać się do kogoś z klubu? Samemu wykonać pierwszy krok.

Jakieś niezobowiązujące rozmowy były prowadzone, ale nic z tego nie wyszło. Widocznie w szerszym planie nie byłem rozpatrywany i zdecydowano się na inną koncepcję. Nie mam z tym problemu i nie żywię o to urazy.

Coraz częściej słychać głosy, że rozgrywki ligowe należy opóźnić, przynajmniej dopóki nie będzie można wpuścić na stadiony kibiców. Czy ty zamiast siedzieć bezczynnie, poszedłeś tropem innych kolegów z toru znajdując normalną pracę?

Od końca października pracowałem u jednego ze swoich sponsorów. W firmie Jasiński BLV zakładałem ogrzewanie podłogowe. Do domu przyjechałem tydzień przed świętami Bożego Narodzenia. Później rozpocząłem już przygotowania fizyczne do sezonu. Wróciłem do sprawdzonych schematów. Wiem z czym przesadziłem w minionych latach i teraz nie kombinowałem.

Jak odnajdujesz się w trudnych, pandemicznych czasach. Zdrowie dopisuje?

W sezonie miałem robione dwa testy. Raz tuż przed startem sezonu, a potem, gdy opuszczałem granice kraju wybierając się na turniej na Węgry. Oba wyszły negatywne. Teoretycznie uniknąłem więc zakażenia. Ale pod koniec lutego ubiegłego roku wyjechaliśmy z paczką przyjaciół do Londynu na mecz europejskich pucharów - Arsenal - Olympiakos Pireus. Dokładnie po tym spotkaniu na jaw wyszła informacja, że zakaził się trener gospodarzy Mikel Arteta. Znajomi, z którymi się udałem do stolicy Anglii, po przylocie do Polski też zachorowali. W połowie lutego rozłożyło z kolei mnie. Leżałem plackiem w łóżku, nie miałem siły się z niego zwlec. Nie byłem w stanie zrobić kroku, nie mówiąc już o podgrzaniu sobie w kuchence mikrofalowej diety. Na szczęście obyło się bez utraty węchu, czy smaku.

W Polsce pacjent zero uzyskał pozytywny wynik testu na COVID-19 gdzieś na początku marca. Wychodzi na to, że mogłeś przejść koronawirusa dużo wcześniej.

Dlatego możliwe, że dopadł mnie zanim to było modne (śmiech). Teraz wiem, że wskazywałyby na to objawy. Tylko, że wtedy dochodziły do nas wyłącznie szczątkowe informacje na temat tej odmiany wirusa. Przed wybuchem pandemii, w Polsce nie było to tak rozdmuchane, opinia publiczna nie za bardzo się tym u nas zajmowała. Nie było wiadomo, jakie kroki podejmować. Pewnie teraz będąc w podobnej sytuacji zrobiłbym sobie wymaz dla świętego spokoju i przede wszystkim bezpieczeństwa bliskich.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje