Reklama

Reklama

Żużel. Jest ochraniacz, który ratuje zdrowie i życie. Zawodnicy wolą jednak igrać z ogniem, bo im niewygodnie

Już kilkanaście lat temu wynaleziono tzw. żółwia, czyli ochraniacz na szyję dla motocyklistów. Od początku stosowano go w większości sportów motorowych, ale jakoś w żużlu nie był widywany. Zawodnicy narzekali, że utrudnia oglądanie się w trakcie biegu i ogólnie krępuje ruchy. To fakt, ale da się do niego przyzwyczaić. Obecnie startuje w nim duża część juniorów i coraz więcej dorosłych zawodników. Dlaczego zatem reszta z uporem maniaka lekceważy własne bezpieczeństwo?

Zacznijmy od tego, że prawdą jest występowanie pewnego dyskomfortu u żużlowców, którzy po raz pierwszy zakładają ten element wyposażenia. Przyzwyczajeni do luzu w okolicach szyi i karku, odczuwają rodzaj ucisku i blokady, a to wywołuje frustrację. - O nie, na pewno nie będę w czymś takim jeździł - mówią po przetestosowaniu ochraniacza. Z czasem jednak okazuje się, że da się z tym normalnie rywalizować i po paru meczach nie odczuwa się różnicy. Bartosz Zmarzlik korzysta z tego sprzętu i jak widać, nie przeszkadza mu to w osiąganiu dobrych wyników. Jest to zatem kwestia podejścia danego zawodnika.

Reklama

Ochraniacz wynalazł neurolog Chris Leatt, który chciał stworzyć coś, co usztywni głowę w przypadku poważnej kraksy i będzie zapobiegać odchyleniu się jej do tyłu, a co za tym idzie, odniesieniu urazu kręgosłupa, mogącego prowadzić do kalectwa. Jego wynalazek kapitalnie sprawdza się w wielu sportach motocyklowych i uratował zdrowie niezliczonej ilości zawodników. W większości tego typu dyscyplin uczestnicy nie wyobrażają już sobie jazdy bez "żółwia" i nie narzekają na jego wady, które w zestawieniu z zaletami naprawdę są czymś, o czym w ogóle nie warto wspominać.

Jest spora grupa żużlowców ze światowej czołówki, którzy konsekwentnie nie chcą stosować tego zabezpieczenia. W cyklu GP raptem kilku jeździ w ochraniaczu, bowiem oprócz Zmarzlika to także np. Lindgren czy Madsen. Wielu tłumaczy, że poza ogólną niewygodą, dochodzi jeszcze ryzyko odniesienia innego rodzaju kontuzji właśnie przez jazdę z założonym ochraniaczem. Do tej pory jednak próżno szukać przypadku jakiegokolwiek poważnego urazu, do którego doszło na skutek posiadania wspomnianego elementu. Czy jest sens liczyć żużlowców, którzy odnieśli paskudne kontuzje, a ochraniacza nie mieli? No właśnie.



Gdyby w 2015 roku Darcy Ward podczas pamiętnego meczu w Zielonej Górze, był wyposażony w takie zabezpieczenie, może uratowałoby to jego zdrowie i karierę. Oczywiście nie jest to pewne, bowiem siła uderzenia w tamtym przypadku była ogromna i być może nic nie byłoby w stanie mu pomóc. Niemniej w takiej sytuacji ochraniacz na pewno by mu nie przeszkodził, a miałby szansę w dużym stopniu zminimalizować skutki uderzenia, które jak wiemy, zakończyło się dla Warda tragicznie. Australijczyk był wielką gwiazdą speedwaya, ale wskutek tamtego upadku do dziś porusza się na wózku inwalidzkim.

Pozostaje zadać pytanie: dlaczego zawodnicy w imię wygody i przyzwyczajeń igrają z ogniem? Przecież przykłady żużlowców ze światowej czołówki pokazują, że bezproblemowo da się zmienić nawyki i jeździć w ochraniaczu na szyję, nie tracąc na tym sportowo. To kwestia przekonania samego siebie i przewartościowania pewnych spraw. Wydaje się, że nad wynikami jest zawsze zdrowie, bo tego nikt nam nie zwróci, gdy utracimy. Chyba lepiej jest w kilku meczach zdobyć parę punktów mniej podczas przyzwyczajania się do nowej sytuacji niż do końca życia być niepełnosprawnym, a potem pytać siebie w lustrze "jak ja mogłem tego nie nosić?".

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Dowiedz się więcej na temat: żużel | Bartosz Zmarzlik | Leon Madsen

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje