Reklama

Reklama

Żużel. Jednodniowe finały Grand Prix to loteria? Miernikiem wartości zawodnika jest powtarzalność

Często mówi się, że błędem jest organizowanie finałów ważnych zawodów w formie jednodniowej, kiedy to o wynikach może zadecydować przypadek, co wielokrotnie już widywaliśmy. Prawdopodobnie wielu zawodników nie miałoby złotych medali, gdyby musieli walczyć o ich zdobycie w kilku turniejach. Stanisław Chomski dostrzega jednak walory jednodniowych finałów i niektóre imprezy wspomina z nostalgią.

Wielu kibiców żużla niemal w ciągu kilku sekund jest w stanie przypomnieć sobie zawodników, którzy wedle wszelkiego prawdopodobieństwa tylko jednodniowej formule zawodów zawdzięczają największy życiowy sukces. Gary Havelock, Adam Skórnicki czy Artur Bogińczuk to najbardziej pamiętne przykłady. Kibice bydgoskiej Polonii do dziś z kolei nie mogą się nadziwić, jakim cudem Robert Umiński wygrał Brązowy Kask, podczas gdy w lidze miał kłopoty ze złożeniem się w łuki. To jednak właśnie klasyka turniejów jednodniowych, które niosą duży odsetek przypadkowości.

Reklama

Spójrzmy na Bartosza Zmarzlika, który jest dwukrotnym mistrzem świata, ale ani razu nie był mistrzem Polski. Śmiało można stwierdzić, że gdyby IMP był cyklem turniejów, to trofeum 25-latek na pewno też już by miał w kolekcji. - A gdyby tak jak kiedyś kończyć rywalizację po fazie zasadniczej, to pewnie Bartek też dwa razy przynajmniej byłby mistrzem - zauważa Stanisław Chomski, były żużlowiec, a obecnie ceniony trener. - Trudno w tej chwili mówić w sporcie o sprawiedliwości. W GP jest to samo, ktoś wygrywa rundę zasadniczą, a potem gdzieś przepada. Takie są jednak wymagania obecnych czasów. Formuły obowiazujące aktualnie są po prostu ciekawsze dla kibica - dodaje.



Menedżer gorzowskiej Stali ma jednak miłe wspomnienia związane z jednodniowymi finałami i uważa, że miały one swoją magię. - Tworzenie dodatkowej dramaturgii powoduje, że nie zawsze ten najlepszy wygrywa. Moje odczucia są oczywiście wyłącznie subiektywne. Nieco z nostalgią wspominam dawne czasy i jednodniowe finały. Wówczas było więcej sportu w tym wszystkim. Teraz cykle się powielają i często wyglądają bardzo podobnie, różniąc się np. jedynie liczbą turniejów. Takie są jednak wymagania organizatorów danych zawodów.

Organizowanie wszystkich tuniejów rangi mistrzowskiej w formie cyklu wyeliminowałoby przypadki takie, jak Bogińczuk czy Havelock. Wygrywaliby najlepsi i najbardziej regularni, tak jak na przykład Mark Loram w 2000 roku, który dzięki systematyczności został mistrzem świata. - Powtarzalność jest miernikiem wartości zawodnika. Widać to właśnie w cyklach. Podczas jednodniowych zawodów decyduje dyspozycja dnia i szczęście, nie ukrywajmy. Często się zdarzało w przeszłości, że taki czarny koń wygrywał, ale to też miało swój urok. Po prostu musimy iść z duchem czasu - kończy Stanisław Chomski. 

Nie da się ukryć, że zawsze lepiej smakuje medal wywalczony po długiej drodze, często wyboistej i wymagającej. Jeśli spojrzymy na przykład na cykl Grand Prix, to tam aby zostać najlepszym, trzeba praktycznie od początku do końca jechał bez momentu słabości. To właśnie wyróżnia wielkich zawodników. Niczego oczywiście nie ujmując dawnym mistrzom, trudno uwierzyć, by taki Havelock był w stanie być najlepszym na świecie, gdyby rozegrano w 1992 roku choćby jeszcze jeden turniej w ramach walki o tytuł.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje