Reklama

Reklama

Żużel. Jednemu świat załamał się po wypadku, drugi zdobył złoto i się nie cieszył, trzeci wylewał krew z buta

Zenon Plech nie żyje. Jego śmierć oznacza koniec pewnej epoki. Nie ma już na tym świecie żadnego z wielkich polskich mistrzów ery przed Tomaszem Gollobem. W tym roku straciliśmy dwóch, jednego dwa lata temu, pozostali odeszli już dawno. Czy ich jeszcze pamiętasz?

Pierwszy, któremu postawili pomnik

Reklama

Życie Edwarda Jancarza (1946-1992) można podzielić na dwa etapy. Jeden, to ten przed karambolem w test-meczu Polska - Włochu, gdzie uderzył w niego motocykl Valentino Furlanetto. Drugi to życie po kraksie, którą cudem przeżył. - Maszyna Włocha uderzyła w niego niczym pocisk. Po wypadku świat mu się załamał, zaczął sięgać po alkohol. Kiedy nie pił, wciąż widziałem w nim dawnego Edka - mówi Bogusław Nowak, były żużlowiec Stali.

Jancarz był stworzony do jazdy na żużlu. Marek Cieślak, były trener kadry, wspominał kiedyś na polskizuzel.pl, że zawodnik z Gorzowa miał taki rytuał. - Przed zawodami długo siedział na motocyklu, jakbym chciał się w niego wczuć. Jego kariera szybko się potoczyła. W wieku 22 lat został trzecim żużlowcem na świecie. Nigdy nie powtórzył tego wyniku, ale bez dwóch zdań był legendą. Jeździli razem w Anglii, nawet mieszkaliśmy razem obok stacji metra i jak przejeżdżał pociąg, to filiżanki z kawą tańcowały po stole. On kochał żużel, na Wyspach gonił mnie do roboty. Spałem, ale on mnie budził wcześnie rano, bo trzeba iść do warsztatu - opowiadał Cieślak.

Jancarz był wielkim zawodnikiem, ale nie miał oporów, żeby w 1978 roku, w finale na Wembley, przebrać się w robocze ciuchy i robić za mechanika Jerzego Rembasa, który wtedy omal nie zdobył medalu. Wypadek z Furlanetto w 1984 roku wszystko zmienił. Pogubił się, rozstał się z żoną, ponownie ożenił. W trakcie jednej z rodzinnych kłótni małżonka dźgnęła go nożem. - To był maniak żużla, który przegrał z chorobą i poszedł w złą stronę. Szkoda - kwituje Nowak, a my dodajmy, że Jancarz to pierwszy żużlowiec na świecie, któremu postawiono pomnik. To znaczy wiele.

Pierwszy, który zdobył złoto dla Polski

Antoni Woryna (1941-2001) był pierwszym polskim medalistą mistrzostw świata. Brąz wywalczył w 1966 roku (dwa lata wcześniej niż Jancarz), potem powtórzył sukces w 1970 roku we Wrocławiu. Uchodził za eleganta, jako pierwszy miał jednoczęściowy kombinezon, palił też fajkę z amforą. Cieślak mówił kiedyś, że jak Woryna przyjeżdżał na mecze innych drużyn, to wszyscy kręcili się blisko jego boksu, żeby poczuć zapach amfory.

- On mógł nawet 1966 roku zdobyć złoto, ale Barry Briggs i Sverre Harrefeldt zmówili się przeciwko niemu. Najechali na taśmę, a potem się cofnęli i błyskawicznie ruszyli, kiedy taśma poszła w górę. Antek się zdekoncentrował i został na starcie, ale jego brąz to i tak było święto. Woryna jeździł stylowo, miał nowoczesną technikę, a dla reprezentacji robił przeważnie dwucyfrowe wyniki - opowiada Cieślak.

Kariera Woryny załamała się nagle. Przez kontuzje. Miał problemy z obojczykami, długo zbierał się też po ciężkim złamaniu nogi. Nie zmienia to faktu, że był wielkim zawodnikiem, który z ROW-ie Rybnik zdobył 12 tytułów mistrza Polski. Dziś na żużlu jeździ Kacper Woryna, wnuk Antoniego.

Pierwszy polski wicemistrz świata

Paweł Waloszek (1938-2018) zasłynął powiedzeniem, że najbardziej ceni tytuł mistrza Polski, bo nigdy go nie zdobył. Przeszedł jednak do historii, jako pierwszy wicemistrz świata z naszego kraju. Srebro zdobył w 1970 roku we Wrocławiu. Wtedy przegrał tylko z wielkim Ivanem Maugerem. W biegu z tym rywalem prowadził, ale wjechał w jakieś twardsze miejsce na torze, koło mu zabuksowało i Mauger go wyprzedził. Do końca siedział mu na kole, ale nie miał go jak wyprzedzić.

Waloszek już za życia był legendą i królem toru w Świętochłowicach, gdzie jeździł. Ten tor był przy hucie Florian i jak wypuszczali surówkę, to na pierwszym łuku robiło się gorąco. Tam też opadały opiłki metalu i nawierzchnia była twarda jak skorupa. Waloszek świetnie jednak się tam odnajdywał. Jeździł przy krawężniku, a rywale nie mieli z nim szans.

Cieślak powiedział kiedyś o Waloszku, że pięknie się uśmiechał, ale był ostry i potrafił rywala w płot wsadzić. Kiedy jechało się obok niego, to uderzał łokciem raz, drugi i nagle  ten drugi leżał pod bandą. Jak się nie udało, jak łokieć nie poskutkował, to sztorcował rywali śląską gwarą: "co ty robisz synek, kaj ty się tam pchosz". - Jeśli musiał wygrać, to wszystkie chwyty były dozwolone - przypomina Cieślak.

Pierwszy, który zdobył złoto

Kiedy Jerzy Szczakiel (1949-2020) jechał, to trzęsła się drewniana banda. Jednak zdobycie przez niego tytułu mistrza świata w 1973 było olbrzymią niespodzianką. Wtedy miał wygrać Zenon Plech, a tymczasem to Szczakiel ograł wszystkich. Słynny komentator Jan Ciszewski nie potrafił ukryć emocji i kompletnie zignorował mistrza w trakcie wywiadu po imprezie. Potem przepraszał. Szczakiela wzięła w obronę Beata Tyszkiewicz. Aktorka napisała o nim pochlebny felieton.

Zanim zdobył złoto, jeździł dobrze, zdobył nawet w duecie z Andrzejem Wyglendą złoto mistrzostw świata dla Polski. To właśnie w tamtych zawodach jechał po bandzie, jak w beczce śmierci. Przed chorzowskim finałem udało mu się zdobyć świetny silnik. Przypadkiem. Kolega Konrad Libor miał na treningu sprzęt, który mu nie pasował. Szczakiel wsiadł na jego motocykl i wiedział, że to jest to. - Bierz, co chcesz w zamian - powiedział.

Po treningu przed zawodami na Śląskim nie mył motocykla, choć był czyścioszkiem. Sprzęt pracował tak dobrze, że nie chciał niczego zepsuć. W dniu finału poszedł na mszę, poświęcił motocykl, zjadł schabowego, a potem, przy ryku 100 tysięcy gardeł pokonał Maugera. Złoty wieniec zaniósł na grób matki, którą stracił tuż przed finałem, a która była jego wielką fanką. Dlatego na podium był smutny. Za medal dostał 39 tysięcy złotych. Wykończył za to ogrzewanie domu, kupił dwa kożuchy. Po zdobyciu złota był dobry, ale już nie tak. Złoto dało mu spełnienie. Już nie szarżował, bo kiedy był w sztosie, to jak mówili w Kolejarzu: przejechałby, gdyby ktoś stanął mu na drodze.

Pierwszy, który został wielką gwiazdą

Zenon Plech (1953-2020) to był największy talent polskiego żużla. Finezja, z jaką poruszał się po torze, czyniła go kimś wyjątkowym. Szybko stał się ulubieńcem tłumów. To on miał zdobyć pierwsze złoto dla Polski. Wyszło inaczej, gorzej. Nigdy nie został mistrzem świata, do końca żył w cieniu złota. Sławy i uwielbienia kibiców nikt mu jednak nie zabierze. Sukcesów także, bo choć nigdy nie był mistrzem, to zdobył srebro i brąz indywidualnie, miał też medale tego samego koloru zdobyte z reprezentacją w parach i w drużynie.

Zdaniem Cieślaka, Plech był wyjątkowym zawodnikiem, najlepszym, jakiego mieliśmy. - Ciężko było z nim wygrać - wspomina Cieślak. - Zenek był szybki, odważny i szedł do końca. Nie przebierał w środkach, można by go porównać do Nickiego Pedersena. Prowadził motocykl prosto, gdy inni siedzieli pochyleni, ale dzięki temu łapał lepszą przyczepność. Stylem przeskakiwał wszystkich. Pamiętam mecz z Wielką Brytanią w Gorzowie, gdzie ogrywał wszystkim, w tym mistrza Maugera, jedną ręką. Może i mógł zdobyć w żużlu więcej, ale on się tym sportem bawił. Nie był typem ascety, ani pracusia. Dla Polski był jednak gotowy na wszystko. Kiedy w 1976 roku walczyliśmy o złoto, to walczył tak ostro, że po jednym z biegów wylewał krew z buta - kwituje Cieślak.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje