Reklama

Reklama

Żużel. Jarosław Hampel miał być następcą Tomasza Golloba. Czy to koniec jego marzeń o tytule mistrza świata?

Jarosław Hampel miał być tym, który przejmie pałeczkę w polskim żużlu po Tomaszu Gollobie. Jest dwukrotnym wicemistrzem świata, ale marzenia o tytule przerwała ciężka kontuzja nogi. Kto wie, czy upadek sprzed ponad pięciu lat nie odebrał mu tych planów już na zawsze.

Reklama

Mówili: "spokojnie, mamy następcę Golloba"

Jarosław Hampel zadebiutował w cyklu Grand Prix w 2000 roku, a już cztery lata później był stałym uczestnikiem. W czasach ery Tomasza Golloba był w zasadzie tylko on, a później długo, długo nic. Próbowali się przebijać Piotr Protasiewicz, Tomasz Bajerski, czy Tomasz Chrzanowski, ale raczej z marnym skutkiem. Nadzieję na poprawę tej sytuacji dał młody i zdolny zawodnik spod Piły.

Talent Hampela mocno forował Marek Cieślak. Trener współpracował z nim na co dzień w Sparcie Wrocław i mówił, że to bardzo zdolny zawodnik. Nikt nie mówił, że to ma być drugi Gollob, ale ktoś kto pociągnie polski żużel po przejściu na emeryturę Tomasza, na pewno tak.

Jarosław szybko urósł w hierarchii Grand Prix, a w polskiej lidze stał się absolutnym numerem dwa. Mógł liczyć na gwiazdorskie kontrakty, choć oczywiście nie takie jak Gollob. Z czasem stał się jego wielkim rywalem. Mijały lata i zaczął coraz bardziej dreptać mistrzowi po piętach.

W 2010 roku stoczył pasjonująca walkę z Tomaszem o mistrzostwo świata. Przegrał, ale zajął drugie miejsce. Rok później dopiął swego i cykl zakończył przed Gollobem. Zdobył wtedy brązowy medal. Wszyscy mówili, że tytuł jest kwestią czasu. 2012 roku musiał spisać na straty, bo plany pokrzyżowała kontuzja. Ale już w 2013 znów został wicemistrzem świata.

Tą pięknie rozwijającą się historię przerwała paskudna kontuzja z czerwca 2015 roku.



Mogli amputować mu nogę

Rzecz miała miejsce w Gnieźnie podczas półfinału Drużynowego Pucharu Świata. Bieg czwarty i walka o zwycięstwo między Witalijem Biełousowem, Linusem Sundstroemem i właśnie Hampelem. Polak nieszczęśliwie upadł i prostym motocyklem pojechał prosto w bandę. Jego pech polegał na tym, że wpadł pod popularne dmuchawce. Z pełną prędkością uderzył nogami w drewniane ogrodzenie. Nie wytrzymała prawa kończyna.

Żużlowiec długo był opatrywany na torze, a później trafił do miejscowego szpitala. Diagnoza była zatrważająca. Wieloodłamowe złamanie prawego podudzia oraz krwotok wewnętrzny. Lekarze przyznali później, że zawodnikowi groziła nawet amputacja nogi. Pesymistyczny scenariusz na szczęście się nie spełnił, a Hampel zapowiedział szybki powrót do żużla.

Sęk w tym, że sam zainteresowany chyba nie spodziewał się, że powrót do zdrowia zajmie mu tak dużo czasu. Na zabiegach z fizjoterapeutą spędził długie godziny. Na tor wrócił dopiero w drugiej połowie 2016 roku. Nie był sobą, choć trudno się dziwić mając w pamięci tak paskudną kontuzję.

Hampel liczył na to, że to jedynie okres przejściowy, a kolejny sezon będzie już normalnym. Takim, który pomoże mu się odbić. I w zasadzie od tamtego okresu były wicemistrz świata ma lepsze i gorsze okresy. Nigdy jednak nie wrócił do poziomu prezentowanego przed kontuzją.

Po drodze stracił też status lidera polskiej reprezentacji na żużlu i opaskę kapitana. Pożegnała się z nim również firma Red Bull, której był jeźdźcem firmowym. Nie mogło być jednak inaczej, skoro wypadł z Grand Prix i do dzisiaj tam nie powrócił.

Dobiło go rozstanie z tunerem

Szwedzki tuner Janne Andersson w 2019 roku przeszedł na emeryturę, co jeszcze bardziej skomplikowało powrót do najwyższej formy Hampela. Szwedzki mechanik stał za jego największymi sukcesami. Panowie świetnie się rozumieli. Żużlowiec musiał poszukać innego rozwiązania. Przerzucił przez warsztat sporo sprzętu, ale nic mu nie pasowało.

Przełom miał nastąpić w minionym sezonie, kiedy udało mu się nawiązać współpracę z najlepszym obecnie tunerem na świecie Ryszardem Kowalskim. I rzeczywiście Hampel bardzo chwali sobie jednostki przygotowywane przez fachowca spod Torunia, jednak jakoś bardzo nie miały one przełożenia na poprawę wyników.

Od lat jest bowiem tak, że Hampel nieźle radzi sobie w meczach na własnym torze, a gubi się na wyjazdach. To w zasadzie taka domena zawodników, którzy najlepsze lata kariery mają już za sobą. Łatwiej jest im punktować w warunkach, które są im doskonale znane. Oczywiście nikt nie przekreśla jeszcze szans Jarosława na wielkie sukcesy, lecz czas biegnie nieubłaganie.

Hampel ma obecnie 38 lat i być może najlepsze lata kariery za sobą. Trudno powiedzieć, czy sam zawodnik wierzy jeszcze w powrót do Grand Prix i walkę o mistrzostwo świata, ale z każdym rokiem ta perspektywa mocno się oddala. Tym bardziej, że świat poszedł do przodu, a konkurencja jest naprawdę mocna. Inna sprawa, że sam powrót do sportu po tak koszmarnej kontuzji jest dla Hampela małym mistrzostwem świata.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Dowiedz się więcej na temat: żużel | Jarosław Hampel | Grand Prix na żużlu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje