Reklama

Reklama

Żużel. Jak wyłonimy w tym roku mistrza świata? Jednodniowy turniej coraz bardziej realny

W zeszłym sezonie tylko dzięki polskim działaczom udało się zorganizować przyśpieszony cykl Grand Prix i w ośmiu rundach wskazać najlepszego żużlowca świata. Chyba tylko najwięksi naiwniacy wierzyli, że kilka miesięcy później życie wróci do normalności i będzie można bez przeszkód rozegrać SGP 2021. Jako że sezon zaczyna się za chwilę, pojawia się pytanie, co zrobić.

Pierwsze zawody już odwołano. Żużlowcy na pewno nie spotkają się w Terenzano podczas GP Włoch. Za chwilę możemy spodziewać się informacji o braku możliwości rozegrania także drugiej rundy w niemieckim Teterow. U naszych zachodnich sąsiadów również jest fatalna sytuacja pandemiczna i póki co nie ma mowy o takich zawodach. Podobnie w Czechach, gdzie ma się odbyć następna eliminacja. Tam już w ogóle jest katastrofa, a kłopot powstaje nawet przy przejeździe tranzytowym przez republikę czeską. Jeśli do tego dodamy brak jakichkolwiek szans na rozegranie GP w Warszawie i Cardiff, widzimy że cykl GP 2021 stoi pod ogromnym znakiem zapytania.

Reklama

Rok temu sprawy w swoje ręce wzięli Polacy przy małej pomocy Czechów. Dwa turnieje we Wrocławiu, dwa w Gorzowie, dwa w Pradze, dwa w Toruniu i temat załatwiony. Wygrał ten, który najlepiej zniósł tempo, czyli aktualnie najlepszy na świecie Bartosz Zmarzlik. Inni szukali wymówek, tak jak Emil Sajfutdinow, który mówił, że nie był przyzwyczajony do takiego czegoś. Podobnie jak jego 15 rywali, którzy nie narzekali. Formuła, choć ekspresowa, była w pełni sprawiedliwa i widzieliśmy to po wynikach. Zawodnicy kolekcjonowali punkty tak samo jak w normalnym, klasycznym cyklu. Wygrał najlepszy.

Najlepszy jednak nie zawsze wygrywa w finałach jednodniowych, które odbywają się przy okazji różnego rodzaju imprez, np. Grand Prix Challenge. Taka formuła promuje tzw. wyskokowców, którzy danego dnia mają po prostu absolutnie życiową formę. Faworytom może przeszkodzić pech, niesłuszne wykluczenie czy kontuzja. Wyniki finałów jednodniowych często pokazują, jak przypadkowy zawodnik przy odrobinie szczęścia może coś dużego wygrać. Przypomnijmy sobie tylko Dawida Kujawę z 2001 roku, Artura Bogińczuka z 2002 czy nawet mistrzostwo świata Gary'ego Havelocka dziesięć lat wcześniej. Żaden z nich nie był w gronie faworytów.

Powoli jednak wszystko zaczyna wskazywać na to, że tylko takie wyjście pozostanie. Raczej mało realne, by znowu zorganizować sześć turniejów w Polsce, zwłaszcza że prawdopodobnie długo nie zobaczymy kibiców na trybunach. Jeśli zatem władze zdecydują się na takie rozwiązanie, będzie wielu pokrzywdzonych. Zapewne bowiem wprowadzony zostanie klucz geograficzny podobny do tego, który wyznaczał uczestników GP Challenge 2020. I taki Maciej Janowski raczej o występie mógłby zapomnieć. W zawodach pojawiłby się za to np. Timo Lahti czy Martin Smolinski. Póki co to tylko spekulacje, ale należy godzić się z coraz bardziej realnym prawdopodobieństwem zaistnienia takiej sytuacji.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje