Reklama

Reklama

Żużel. Jak to jest, że Motor Lublin ma kasy, jak lodu, a skład nie daje medalowych gwarancji

W PGE Ekstralidze nie ma w tej chwili klubu z większym budżetem jak Motor Lublin. Jednak działacze, choć mają do dyspozycji wiele milionów, to nie potrafili zbudować drużyny, która może być spokojna o awans do czwórki.

W budżecie Motoru Lublin na sezon 2021 można ująć 4 miliony z miasta, 1 milion od marszałka województwa, 4,5 miliona od trzech największych sponsorów (Grupa Azoty, Bodganka, Perła) oraz 2,3 miliona z kasy PGE Ekstraligi. Razem daje to ponad 11 milionów. Tyle nie ma żaden inny klub w Polsce. Jednak, choć Motor kasy ma jak lodu, to skład drużyny nie daje nie tylko medalowych gwarancji, ale i nie pozwala mieć pewności w kwestii awansu do czwórki.

Reklama

Dlaczego więc Motor, choć ma górę pieniędzy, nie potrafił zbudować drużyny na medal, nie zdołał ściągnąć choć jednego zawodnika z TOP5? Problem tkwi w tym, że ci żużlowcy nie chcą opuszczać swoich drużyn. Mają tam dobre kontrakty na poziomie 2 milionów, mają dobre zaplecze sponsorskie i spokój. Nawet jeśli Motor dawał im 100, 200 czy nawet 300 tysięcy więcej, to nie chcieli podejmować ryzyka.

Wymiana całej stajni sponsorskiej, a z tym po zmianie klubu trzeba się liczyć, to już sporo zachodu. Zresztą w Lublinie trudno o dobre kontrakty sponsorskie, bo Perła czy Bogdanka, których stać na wyłożenie kasy, są już powiązane z klubem. Bodganka wykłada milion na umowę Jarosława Hampela. Perła rok temu dokładała Matejowi Zagarowi, teraz pewnie przerzuci się na kogoś innego. Tak czy inaczej, Lublin oznacza ograniczone opcje, których gdzie indziej nie brakuje.

Prezes Motoru Jakub Kępa, choć zjeździł Polskę wzdłuż i wszerz, to nie zdołał przekonać żadnego topowego zawodnika do tego, żeby do niego przyszedł. I długo nic się w tej materii nie zmieni. W Lublinie mogą liczyć na to, że jakiś klub się wykolei, zacznie w nim brakować pieniędzy i dopiero wtedy otworzy się szansa na podjęcie rozmów z liderem i szczęśliwe doprowadzenie ich do końca.

Zawodnicy pokroju Taia Woffindena, Leona Madsena, Emila Sajfutdinowa czy Bartosza Zmarzlika nie pójdą do Motoru, nawet jak dołoży im pół miliona do dotychczasowego kontraktu. Każdy z nich patrzy na to, że obecnego pracodawcę zna, że dostaje pieniądze na czas, że nie musi się o nic martwić. Poza wszystkim to nie są żużlowcy na dorobku. Każdy z nich już zarobił i nie musi szukać wielkiej kasy za wszelką cenę. Motor z wielką kasą musi więc liczyć na łut szczęścia, bo nic innego mu nie zostaje. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje