Reklama

Reklama

Żużel. Jak prezesi ogrywają juniorów: Albo podpisujesz, albo idziesz do klubu kokosa

Tej zimy w polskim żużlu co najmniej kilku juniorów miało problemy ze swoimi klubami. Nie we wszystkich przypadkach racja była po stronie zawodników, jednak w środowisku od dłuższego czasu da się zauważyć problem. Prezesi robią wszystko, aby ustawić sobie młodzieżowca po swojemu i mieć stuprocentowy wpływ na jego karierę.

Mateusz Bartkowiak walczy jak lew o wypożyczenie do GKM-u Grudziądz. Zawodnik chce jeździć regularnie i przejść na kontrakt zawodowy. Wcześniej w Stali był na kontrakcie amatorskim. I choć klub zapewniał, że o wszystko dbał i dostarczał swojemu juniorowi dobrej jakości sprzęt, to w praktyce wyglądało to zupełnie inaczej. Tak też właśnie jest w wielu innych przypadkach. Największym przekleństwem dla młodzieżowca to długoletni kontrakt z klubem. Wtedy praktycznie wszystkie ręce ma się związane, a ewentualna zmiana klubu najczęściej leży w gestii dobrej woli prezesa.

Reklama

Inna sprawa, że to nie takie proste, aby wymiksować się z długoletniej umowy i podpisywać roczne, względnie dwuletnie kontrakty. Na to mogą sobie pozwolić jedynie zawodnicy o uznanych już nazwiskach. Głównie przez rodzinne tradycje. Wtedy karta przetargowa w rozmowie z klubowymi prezesami jest zupełnie inna. Popatrzymy na takiego Jakuba Miśkowiaka, Maksyma Drabika, czy obecnie Mateusza Cierniaka. Cała trójka jeździła już w kilku klubach, a ostatni z nich właśnie przeszedł do Motoru Lublin. Żużlowi działacze wiedzą, że biorąc takiego zawodnika zyskują jednego z najlepszych juniorów i w dłuższej perspektywie pewne punkty. Idą wtedy na ustępstwa i godzą się niemal na wszystko, byle tylko zawodnik złożył podpis pod umową. Nie ma długoletnich kontraktów, wysokich ekwiwalentów, a najczęściej są kontrakty zawodowe i wielkie pieniądze na stole.



Gorzej, gdy mówimy o juniorach, którzy wchodzą w żużel bardziej anonimowo i dopiero po zdaniu licencji rozwijają skrzydła. Wtedy najczęściej pojawia się wieloletni kontrakt, a za chęć zmiany klubu można trafić do "klubu Kokosa". Oczywiście z przymrużeniem oka, ale taki zawodnik ma dużo bardziej ograniczone możliwości. Różnie bywa też ze sprzętem. Kluby niby mają obowiązek zapewnić motocykle, ale w praktyce bywa tak, że są słabej jakości i wtedy głębiej do kieszeni sięgają rodzice czy opiekunowie żużlowca. Coś na zasadzie przykładu Bartkowiaka.

Zresztą całkiem nie tak dawno jeden z najlepiej zapowiadających się juniorów w Polsce prosił swój klub o zgodę na wypożyczenie. Przegrywał rywalizację o skład w PGE Ekstralidze, a chciał jeździć. Znalazł więc klub w II lidze. Prezes owego klubu długo zwodził zawodnika. Mówił, że nie będzie problemu z wypożyczeniem, jeśli ten przedłuży obowiązujący kontrakt do końca wieku juniora. Zapewniał też, że otrzyma większe wsparcie ze strony klubowych mechaników. Generalnie cuda na kiju, a w praktyce bywa z tym różnie. W takich przypadkach zawodnik musi jednak grzecznie się dogadać, bo ewentualny spór na pewno nie jest w jego interesie.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź! 

Dowiedz się więcej na temat: żużel | PGE Ekstraliga | Mateusz Bartkowiak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje