Reklama

Reklama

Żużel. Iversen łamie się jak zapałka, ale to jeszcze nie koniec. W eWinner 1. Lidze będzie czołową postacią

Kolejna kontuzja duńskiego 39-latka wywołała w wielu kręgach dyskusję dotyczącą tego, czy przypadkiem nie nadszedł już dla niego czas na zjechanie ze sceny. Od paru lat bowiem zdecydowana większość jego upadków kończy się urazem. Przed takim podejściem do tematu przestrzega jednak Mirosław Kowalik, były zawodnik. Mówi on, że w przypadku Iversena to po prostu kumulacja pecha i wciąż może być bardzo mocny.

Obserwujemy coraz wyraźniejszą tendencję do przedłużania karier zawodniczych i w zasadzie żużlowiec po 40-stce nikogo już nie dziwi. Na torach widzimy Rune Holtę, Grzegorza Walaska, Piotra Protasiewicza czy Nickiego Pedersena. Gdyby nie komplikacje rodzinne, pewnie do dziś jeździłby Greg Hancock. Warunkiem niezbędnym przy tak długiej karierze jest jednak zdrowie, które musi danemu zawodnikowi dopisywać. I z nim właśnie problem ma 39-letni już Niels-Kristian Iversen, dla którego zeszły sezon zakończył się kontuzją, a obecny od kontuzji się zaczął. Zważywszy na wiek zawodnika pojawiły się opinie, że być może on nie będzie w stanie przeciągnąć swojej kariery do tak późnych lat.

Reklama

Mirosław Kowalik zakończył karierę w wieku 35 lat, również po poważnym urazie. Był zatem młodszy od Duńczyka. Czy chęć pozostania zdrowym i sprawnym była tu kluczowa? - Na pewno w głowie człowieka przewija się taka myśl, że może trzeba by skończyć, by być w jednym kawałku. U mnie akurat było to jednak coś zupełnie innego. Byłem wówczas w Polonii Bydgoszcz, która borykała się z ogromnymi problemami finansowymi i przez to nie mogłem odpowiednio przygotować się do sezonu. Przydarzyły się kontuzje, więc stwierdziłem, że kończę. Może to była zbyt pochopna decyzja. Teraz już jednak tego nie rozpamiętuję - tłumaczy.

Historia Iversena nakazuje jednak zastanowić się nie tyle nad ilością upadków, co nad ich skutkami. Niemal każdy kontakt z torem wiąże się z przerwą, a pamiętajmy, że nie mówimy już o 20-letnim juniorze. W wieku niemal czterdziestu lat czas regeneracji jest wydłużony. - U niego to moim zdaniem zwykły przypadek, kumulacja pecha u jednego zawodnika. To jednak kawał zawodnika, człowiek bardzo doświadczony. Wróci po tej kontuzji i na pierwszoligowym poziomie będzie zaskakiwał - słyszymy.

Warto zauważyć, że "ten czas" dla jednego zawodnika nadchodzi w wieku 35 lat, a dla innego w wieku 50 i tutaj nie ma sensu żadne wyznaczanie granic. - Oczywiście, że to sprawa wyłącznie indywidualna. U mnie były to kwestie finansowe, u innego mogą być psychiczne, rodzinne. Jeszcze inny stwierdza, że nie musi, bo przecież układa mu się w zawodowym życiu pozażużlowym (np. Andreas Jonsson, dop. red). Przyczyn zakończenia kariery może być wiele, a żadnej ramy czasowej tu nie znajdziemy. Andrzej Huszcza kończył w wieku 50 lat i jeździł jeszcze całkiem dobrze. Wiek zjechania ze sceny się przesuwa, bo zmieniają się ludzie. Bardziej o siebie dbają i można dłużej pozostać fizycznie aktywnym - kończy.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje