Reklama

Reklama

Żużel. Ireneusz Nawrocki - człowiek, który zniszczył rzeszowski żużel. A mówili, że dobrze mu z oczu patrzy

​Przełom listopada i w grudnia stoi w czarnym sporcie pod znakiem procesu licencyjnego. Z tej okazji przypominamy państwu sylwetkę ostatniego prezesa, którego klub nie dostał zgody na starty w lidze. Przed państwem Ireneusz Nawrocki - człowiek, który miał wyciągnąć rzeszowski speedway z głębokiego kryzysu i odbudować jego dawną chwałę, a zamiast tego doprowadził do całkowitego zniknięcia stolicy Podkarpacia z żużlowej mapy Polski. Pobyt inwestora w środowisku trwał tylko rok, jednak obfitował w niespotykaną dotąd liczbę skandali i anegdot.

Biznesy na ładne oczy

Jesteśmy chwilę po zakończeniu sezonu 2017. Stal Rzeszów spada do 2. ligi po sensacyjnie przegranych barażach z Motorem Lublin. Klub od dawna jest w głębokim dołku, przede wszystkim finansowym. Nagle - bardzo niespodziewanie - pojawia się inwestor chętny na przejęcie klubu. To właśnie Ireneusz Nawrocki - nieznany szerzej potentat branży budowlanej z Bielsko-Białej. Za rzeszowski klub miał podobno zapłacić 1,5 miliona złotych, a kolejne 900 tysięcy przeznaczyć na spłatę zadłużenia zaciągniętego przez poprzedników.

Reklama

O jego wcześniejszych interesach nie było wiadomo zbyt wiele. Nawrocki chwalił się: budową apartamentowców, Biedronki i parku dinozaurów, restauracją, klubem nocnym czy biznesem oponowym, który miał wymyślić na poczekaniu, gdyż pilnie potrzebował pieniędzy, które stracił na skutek - o ironio- oszustwa wspólnika.

 - Początkowo musiałem sam harować, a po czterech miesiącach zatrudniałem już dwóch ludzi. Potem sprzedałem cały ten interes klientowi ze Stanów za 60 tysięcy złotych. To był początek lat 90-tych. Jak na tamte czasy, to były niezłe pieniądze - twierdził biznesmen. - Jeździłem do wulkanizatorów i brałem od nich zużyte opony. Składowałem je na działce pod miastem. Tam również je segregowałem. Te, co nadawały się jeszcze do użytku sprzedawałem. Znacząca część szła do Nowego Sącza, do bieżnikowania. Żeby rozkręcić ten interes, potrzebowałem busa. Znalazłem takiego, ale nie miałem za co kupić. Poszedłem z ogłoszeniem do człowieka, który chciał to sprzedać. Mówiłem, żeby mi dał wóz, a ja zwrócę mu kasę, jak zarobię. Zastanawiał się. Nagle wyszła jego żona i stwierdziła, "daj panu, bo dobrze mu z oczu patrzy" - powiedział Sportowym Faktom. Ciężko ocenić co takiego tkwi w oczach Nawrockiego, ale owa kobieta nie była ich ostatnią ofiarą.

Dla jednych Karkosik, dla drugich Dyzma

Nawrocki od początku prowadził Stal z niespotykanym wcześniej w 2. lidze rozmachem. - Na tym świecie nic się nie zarobi, jeśli najpierw się nie zainwestuje - zwykł mówić. Do klubu z najniższej klasy rozgrywkowej ściągnął mistrza świata - Grega Hancocka podpisując z nim 3-letni kontrakt. Plan był prosty. Klub co roku ma wywalczać awans na coraz wyższy poziom rozgrywek, tak by Amerykanin swoje 50. Urodziny mógł świętować w PGE Ekstralidze w sezonie 2020. Czas pokazał, że wówczas w żużlu nie było już ani Hancocka, ani Nawrockiego.

Reszta składu Stali również wyglądała imponująco. Tomasz Jędrzejak, Nicklas Porsing i bracia Lampartowie to jak na drugoligowe standardy prawdziwa petarda. Drużynę objął uznany w środowisku trener - Mirosław Kowalik.

Nawrocki chwalił się w mediach niesztampowymi pomysłami na rozwinięcie żużlowego biznesu. Do historii przeszedł przede wszystkim Diamond Cup - cykl otwartych zawodów, w którym zwycięzcy mieli być nagradzani certyfikowanymi diamentami. Środowisko było zdumione pomysłami tej nowej twarzy. Jedni nastawiali się do niego pozytywnie, nazywali lepszą wersją Karkosika. Drudzy - na czele z byłą prezes Stali, Martą Półtorak - porównywali go do Nikodema Dyzmy. 

Zaczęło się od książeczki zdrowia

Problemy organizacyjne Stali zaczęły wypływać na powierzchnię już przed pierwszym spotkaniem wyjazdowym. Problemem okazała się książeczka zdrowia Hancocka. Lekarz żużlowca popełnił czeski błąd i wpisał błędną datę. Sędzia nie dopuścił Amerykanina do występu w Poznaniu. 

Później Amerykanin przestał co prawda przyjeżdżać do Polski, bo Nawrocki mu nie płacił. W lidze zastępował go Nick Morris. Sam działacz do końca nie pogodził się jednak z tym co stało się w Poznaniu. Winą za niedopuszczenie Hancocka obarczał tamtejszych działaczy. Samego siebie uważał za dobrego samarytanina, który pozwalał drugoligowym ośrodkom na większe przychody z biletów, gdy przyjeżdżał na mecze z mistrzem świata.

Odszedł trener, nie było za co zatankować polewaczki.

Na wierzch powoli zaczynały wypływać finansowe przekręty Nawrockiego. Pierwszy oficjalnie powiedział o tym Kowalik. Sam działacz wciąż bronił się tym, że co prawda ma pewne zaległości finansowe, jednak są one drobne i przejściowe. Jego współpraca z trenerem zakończyła się bardzo szybko. - Proszę sobie wyobrazić, że problemy z Mirkiem Kowalikiem były już na zgrupowaniu w Szczyrku. Zawodnicy się skarżyli, że on wiecznie narzeka. Mogę powiedzieć, że on ma u nas ksywkę "płacząca wierzba", bo zawsze o wszystko płakał, nigdy mu nic nie pasowało - mówił Sportowym Faktom. Ciekawe mianem jakiego drzewa określał prezes pracowników ów tatrzańskiego ośrodka za pobyt w którym Stal rzekomo nigdy się nie rozliczyła.

Kolejnym odsuniętym od klubu za narzekanie na Nawrockiego był Nicklas Porsing. Duńczyk również publicznie wypowiedział się o zaległościach klubu względem niego. Nawrocki sprawę rzecz jasna zbagatelizował, a winą za jej jątrzenie obarczył "przekupnych dziennikarzy".

Sytuacja zaczynała nabierać rozpędu. Okazało się, że pieniędzy nie otrzymują także działacze czy osoby funkcyjne. W pewnym momencie pogotowie odmówiło obstawiania treningów, dopóki nie otrzyma zaległych pieniędzy. Podczas jednej z takich próbnych jazd stanęła z resztą nawet polewaczka - zabrakło w niej paliwa, a klub nie miał pieniędzy na benzynę. 

Przestało być śmiesznie

Wszystko skomplikowało się 15 sierpnia. Stal pozostawała co prawda faworytem drugoligowych rozgrywek, jednak na rzeszowski zespół spadły jedna po drugiej 2 ogromne tragedie. Najpierw samobójstwo popełnił Tomasz Jędrzejak, a dzień później córka Nicklasa Porsinga zmarła podczas porodu. 

Kapitan Stali pozostawał bez większości wypłat, więc poprosił rzeszowski klub o wypłacenie przynajmniej połowy zaległości, by mógł pokryć sprawy formalne i choćby pogrzeb dziecka. Do dzisiaj ich nie otrzymał.

Jeszcze bardziej kontrowersyjnie wyglądała sprawa Tomasza Jędrzejaka. Nawrocki zobowiązał się wypłacić jego żonie wszystkie zaległe należności, jednak los tych pieniędzy do dzisiaj pozostaje nieznany.

Cyrkonie zamiast diamentów i nocleg w samochodzie

Cały tragikomiczny obraz nędzy dopełnił szumnie zapowiadany Diamond Cup. Nie chodzi już tylko o to, że zwycięzca cyklu - Grzegorz Zengota otrzymał cyrkonię wartą o ponad sto tysięcy złotych mniej niż zapowiadany kamień szlachetny. Do legendy przeszedł też szwedzki kibic, który w losowaniu na trybunach wygrał samochód. Nie mógł się nim jednak poruszać, nie otrzymał bowiem do niego żadnych dokumentów. Okazało się, że jego zakup wciąż nie jest opłacony w salonie.

Sami zawodnicy czekali również na wypłatę kaucji pobieranej przy zapisach na turniej lub obiecanych w zamian pamiątkowych pierścieni. Jak nie trudno się domyślić ani jednego, ani drugiego nigdy już nie zobaczyli.

Finał Diamond Cup odbył się w Rzeszowie. Stawka zawodów nie wyglądała już tak pięknie jak podczas inauguracji - niecały tysiąc kibiców na trybunach oglądał między innymi Mikołaja Curyłę z Polonii Bydgoszcz. Wcześniej, podczas francuskiej rundy cyklu, Nawrocki miał rzekomo nocować w samochodzie, co należy uznać za dość nietypowy wybór jak na "jednego z najbogatszych ludzi w Polsce", jak się określał.

Mimo tragicznej atmosfery wokół drużyny, Stali udało się awansować na zaplecze PGE Ekstraligi. Nie przystąpili jednak do rozgrywek, ze względu na odmowę przyznania klubowi licencji. Wszystko przez ogromną skalę zadłużenia klubu. Nie zapłacono praktycznie za nic. W środowisku żartowano, że niedługo nawet rzeszowska Biedronka upomni się o spłatę należności za wodę mineralną dla zawodników.

Nawrocki długo walczył z działaczami błagając o zmianę decyzji. Zapełniał rzecz jasna, że lada moment spłaci zarówno zawodników, osoby funkcyjne, zaległe faktury, jak i wdowę po Tomaszu Jędrzejaku. Na jego drodze stanęły jednak - jak zwykle - "problemy losowe". Ktoś miał pomylić rachunek konta, ktoś wysłać zły wzór faktury. Tym razem nikt nie popełnił błędu żony handlarza samochodami. Dobre oczy i ładne słowa nie wystarczyły na to, by GKSŻ się ugiął. Liga wystartowała w siedmioosobowym składzie. Żużel do Rzeszowa wrócił dopiero po rocznej przerwie, jednak nie pod znakiem Stali, a nowego tworu z nowymi ludźmi - Rzeszowskiego Towarzystwa Żużlowego.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje