Reklama

Reklama

Żużel. Gwiazdy PGE Ekstraligi. Grigorij Łaguta. Dwa lata wisiał za doping. Wrócił i wywinął taki numer

Grigorij Łaguta to zawodnik, który jest na czarnej liście prezesa Krzysztofa Mrozka. Kiedyś wykiwał ROW Rybnik, bo poszedł za większą kasą do Motoru Lublin. Zrobił to, choć wcześniej przez jego dopingową wpadkę ROW spadł z PGE Ekstraligi, a prezes Mrozek mocno zaangażował się w jego obronę.

W środowisku ma opinię, że kocha "diengi"

Grigorij Łaguta to bardzo barwna postać w światku żużlowym. Niektórzy go kochają, a inni średnio za nim przepadają. Ci drudzy mówią, że za nic ma miłość do swoich klubów, bo jedyne, co sobie ukochał to "diengi", czyli kasę. Rosjaninowi trzeba jednak oddać, że póki jeździ w jakimś klubie, to potrafi się z nim spoufalać. A kibice lubią takich zawodników, którzy pomachają, uśmiechną się od ucha do ucha i do tego wszystkiego czasami palną coś śmiesznego, bo zwyczajnie są szczerzy.

Taki mniej więcej obraz wypracował sobie Łaguta na przestrzeni lat w polskich klubach. Zaczynał w Lokomotivie Daugavpils, z którego wybił się i znalazł miejsce w PGE Ekstralidze. Najpierw we Włókniarzu Częstochowa, gdzie w pewnym momencie był dla tego klubu czymś więcej niż zawodnikiem, czy liderem. Pod Jasną Górą jest do dziś mile wspominany, a kiedy by nie pojawił się na meczu, zawsze zbiera gromkie brawa. Kibicom dał się zapamiętać, jako zawodnik jeżdżący niezwykle efektownie i skutecznie. To dzięki jeździe dla Włókniarza wypłynął na szerokie wody i w kolejnych miejscach mógł zarobić wielką kasę.

Po Częstochowie był Toruń, później pamiętny Rybnik, a teraz Lublin. Łaguta dwa lata temu mocno zaszedł za skórę prezesowi ROW-u Krzysztofowi Mrozkowi, ale o tym za chwilę.

Wpadka dopingowa i wykiwanie prezesa Mrozka

Za nim Grigorij stał się bohaterem jednego z najgłośniejszych transferów minionych lat, czyli przejścia z Rybnika do Lublina, najpierw musiał zmierzyć się z blisko dwuletnim zawieszeniem za doping. Chodzi o rok 2017, kiedy podczas kontroli antydopingowej wykryto u niego meldonium - zakazaną substancję. Efektem tego była dwudziestojedno miesięczna karencja i... spadek z PGE Ekstraligi PGG ROW-u Rybnik. Jego ówczesna drużyna na wskutek wpadki dopingowej zawodnika straciła 5 punktów, co okazało się gwoździem do trumny, a w konsekwencji skończyło się degradacją.

Co ciekawe, prezes Mrozek stanął w obronie swojego zawodnika. Bronił go, tłumacząc, że Rosjanin nie zrobił niczego świadomie. Nie odwrócił się od niego mimo, że jego klub spadł ligę niżej. Był przekonany, że po zawieszeniu Grigorij dalej będzie jeździł dla rybnickiej drużyny. Sam zainteresowany też utrzymywał takie stanowisko. Był wdzięczny za okazaną pomoc.

Tyle w teorii, bo przyszło co do czego i Łaguta wywinął Mrozkowi niezły numer. Dogadał się z Motorem Lublin na starty w PGE Ekstralidze za wielką kasę. Prezes ROW-u wpadł w szał. W mało parlamentarnych słowach wypowiadał się o swoim byłym żużlowcu, za co zresztą został ukarany. Mówił, że jego postawa to zwykłe szmaciarstwo. Ale Rosjanin taki już po prostu jest. Nie jeździł przez prawie dwa lata, dostał świetną ofertę, którą zdecydował się przyjąć.

Obaj panowie podali sobie rękę mniej więcej po dwóch latach. Czas goi rany, ale w ciemno można założyć, że póki Mrozek będzie u sterów klubu z Rybnika, to nie ma co liczyć na starty w drużynie Łaguty. A na koniec tej historii dodajmy, że prezes ROW-u wściekł się nie tylko na zawodnika, ale także na prezesa Motoru Jakuba Kępa. Z nim akurat nie rozmawia do dzisiaj.

Grand Prix? Dla Łaguty liga jest ważniejsza

Niektórzy od lat powtarzają, że Grigorij już dawno powinien jeździć w cyklu i walczyć o mistrzostwo świata. To naturalne, bo pasuje do tamtego towarzystwa. Sęk jednak w tym, że co chwilę coś staje mu na przeszkodzie w awansie, a poza tym jakoś sam nie przejawia wielkiej determinacji, aby znaleźć się w Grand Prix. Na dziką kartę od organizatorów w ostatnim czasie też nie miał co liczyć przez wypowiedzi medialne, w których dawał do zrozumienia, że niespecjalnie interesuje go jazda w tym cyklu.

Ze startami w eliminacjach też bywało różnie. Niekiedy brakowało go na listach startowych, a jak już się na nich znalazł, to przepadał. Jechał po prostu przeciętnie. Natomiast, gdy przychodziła polska liga, od razu widzieliśmy inną wersję Łaguty. Jak to możliwe? Najprostsza odpowiedź to taka, że nie wszyscy są stworzeni do jazdy w Grand Prix. Jeszcze inna teoria mówi, że Rosjanin woli skupić całą uwagę na polskiej lidze, gdzie może zarobić grubą kasę. Starty w cyklu wiążą się z dużymi wydatkami i w najlepszym wypadku z niewielkim zarobkiem. A do tego przecież dochodzi jeszcze ryzyko kontuzji. 

Dlatego Motor, który ma u siebie Łagutę, może z takiego podejścia zawodnika tylko się cieszyć. A mając w składzie Grigorija jednego można być pewnym - nudy nie ma, jest wesoło.

Reklama



Reklama

Reklama

Reklama